Justyna Karolak dziwi się światu. Tym napisem wita wszystkich tablica wjazdowa do miasta, jakim jest Karolakowo. A pod spodem, drobnym maczkiem, widnieje jeszcze dopisek: „Jaką cudowną rzeczą jest oko! Swoje uważam za prawdziwy miękki aparat fotograficzny, który robi zdjęcia nie świata zewnętrznego, lecz mojej najtwardszej myśli i myśli jako takiej.” Z pozdrowieniem dla Salvadora Dali, wita w swoim mieście, na osobistym blogu – Justyna Karolak. Zanim rozpoczniesz zwiedzanie, pozwól najpierw, że się przedstawię: notki "O mnie" i "Kontakt" – znajdziesz w Archiwach – Styczeń 2013.
piątek Wrzesień 22nd 2017
JUSTYNA KAROLAK DZIWI SIĘ ŚWIATU. TYM NAPISEM WITA WSZYSTKICH TABLICA WJAZDOWA DO MIASTA, JAKIM JEST KAROLAKOWO. A POD SPODEM, DROBNYM MACZKIEM, WIDNIEJE JESZCZE DOPISEK: „JAKĄ CUDOWNĄ RZECZĄ JEST OKO! SWOJE UWAŻAM ZA PRAWDZIWY MIĘKKI APARAT FOTOGRAFICZNY, KTÓRY ROBI ZDJĘCIA NIE ŚWIATA ZEWNĘTRZNEGO, LECZ MOJEJ NAJTWARDSZEJ MYŚLI I MYŚLI JAKO TAKIEJ.” Z POZDROWIENIEM DLA SALVADORA DALI, WITA W SWOIM MIEŚCIE, NA OSOBISTYM BLOGU – JUSTYNA KAROLAK. ZANIM ROZPOCZNIESZ ZWIEDZANIE, POZWÓL NAJPIERW, ŻE SIĘ PRZEDSTAWIĘ: NOTKI "O MNIE" I "KONTAKT" – ZNAJDZIESZ W ARCHIWACH – STYCZEŃ 2013.

Jak wydać książkę? Prawda zamiast mitu – dla młodych pisarzy.

Artykuł ten tworzę w odpowiedzi na tekst autorstwa pana Narbutowicza z wydawnictwa Narbook – pt.: Pisarstwo to nie praca. To inwestycja biznesowa. – który dostępny jest na witrynie: mojbook.blox.pl.

Autor wyżej wymienionego tekstu mówi tak: najgłośniej krzyczą Ci, którzy są oburzeni faktem, że autor miałby wyłożyć jakąkolwiek gotówkę na stół wydawcy.

Powyższe zdanie odwołuje się do tego, że niektóre wydawnictwa proponują początkującym autorom, a więc nikomu nieznanym debiutantom, wydanie pierwszej powieści, książki w życiu – ze współfinansowaniem ze strony autora.

W rozwinięciu, tekst ów opowiada o tym, dlaczego dzielenie się finansowymi kosztami wydania książki powinno być interpretowane jako najzupełniej normalne i stosowne – i dlaczego nie ma w tego rodzaju podziale niczego złego.

Oczywiście – teoretycznie nie ma w tego rodzaju podziale niczego złego. Wydawnictwo – jak każde przedsiębiorstwo, jak każdoraka firma reprezentująca dowolną branżę – jak najbardziej ma prawo do konstruowania swojej oferty w formie takiej, jaką uznaje za odpowiednią – dla siebie i własnych korzyści. W tym – naprawdę nie ma nic złego; zgodzę się.

Problem polega na tym, że dalszy ciąg tekstu roztacza niezwykle nieprzyjemną, smutną aurę – a przecież autor – będąc znawcą branży wydawniczej – miał chyba na celu nie krzywdzić potencjalnych pisarzy i początkujących autorów, lecz ich budować. Cóż – od intencji do realizacji droga bywa wyłożona przedpotopowymi kocimi łbami, jak właśnie się okazuje…

W dalszej części tekstu bowiem pan Narbutowicz porównuje autora, który nie chce ponosić żadnych kosztów wydawniczych z własnej kieszeni – do artysty, który uważa, że wszystko należy mu się za darmo, to znaczy – za samo istnienie. W dowód czego – pan Narbutowicz rzecze tak:

„Uważam, że opinie typu nie płać za wydanie swojej książki, tylko szukaj kogoś, kto zapłaci tobie wygłaszają ludzie na etacie lub szukający etatu. To tak jakby mówili: jestem artystą i należą mi się pieniądze.

Powyższa wypowiedź, to czysta brednia, wywołująca kompleksy i wprowadzająca w błąd wszystkich ludzi piszących i marzących o wydaniu swojej książki, a nie znających (jeszcze) realiów rynku wydawniczego w najmniejszym stopniu (bo i skąd?). I przede wszystkim – to nadzwyczajnie podłe spłycenie kluczowego tematu. Dlaczego?

Proszę Państwa, Drodzy Czytelnicy. Postaram się w kilku zdaniach wyprostować tę krzywą pseudo mądrości zaprezentowaną przez pana Narbutowicza.

Otóż sprawy mają się zgoła inaczej, czyli następująco…

Wydawać swoje książki osobistym nakładem środków pieniężnych – mogą ludzie bez talentu. Bez powołania literackiego. Nie wystarczy bowiem cokolwiek napisać, by prężny renomowany wydawca przyjął nas z otwartymi ramionami. Fakt, że znamy kształt literek i wiemy, w jaki sposób komponować je ze sobą tak, aby powstawały – gotowe słowa, a nawet całe zdania – nie jest i nigdy nie będzie tożsamy z faktem, że jesteśmy pisarzami. Również fakt, że mamy wiele do powiedzenia – gdyż z natury jesteśmy gadatliwi i nasze życie od dzieciństwa toczyło się żywo i jakże barwnie – o niczym jeszcze nie świadczy. Do wylewania z siebie potoku słów bez elementarnej znajomości chociażby gramatyki języka polskiego – służą blogi, nie zaś publikacje wydawnicze, książkowe. Dodatkowy plus sytuacji jest taki, że aby z powodzeniem budować swój autorski blog – nikogo o zdanie pytać nie trzeba. Można czynić to zupełnie za darmo – pominąwszy jedynie koszt opłaty za prąd, który ponosimy, pukając paluszkami w klawiaturę komputera, którego akumulatorek podpięty jest do gniazdka. I tyle z całą pewnością wypada w poruszonym temacie jasno powiedzieć: nie każdy, kto pisze, powinien uważać się za pisarza.

Ale – zwróćmy uwagę na młodych ludzi, którzy przejawiają faktyczny potencjał w literackiej dziedzinie. Którzy marzą o zostaniu uzasadnionym – czyli zauważonym – pisarzem nie dlatego, że taka jest ich bezmyślna chwilowa fanaberia, lecz dlatego, że ciężko nad swoim warsztatem pracują. Dlatego, że pisanie – tworzenie słowa pisanego – jest ich światem, stylem bycia i funkcjonowania często od dzieciństwa. I co te osoby mogą – zupełnie niepotrzebnie – wywnioskować z tekstu pana Narbutowicza?

Głównie to, że nawet jeśli mają talent, nie powinny liczyć na jakiekolwiek tantiemy z tytułu swojego talentu. Głównie to, że nie warto rozsyłać swojego dzieła do wielu wydawnictw, bo żadne z nich i tak nie poświęci na nikomu nieznanego debiutanta swojego czasu, tym bardziej pieniędzy. Oraz to, że bycie artystą – nie jest żadną pracą, tylko postawą roszczeniową i leniwą wobec świata, która niczym pasożyt – dąży do wykarmienia się cudzą krwią.

A wszystko to – nieprawda. Zwyczajnie – nieprawda. Czego żywym dowodem jestem ja.

Moją debiutancką Tropiąc jednego wilka pisałam przez nieomal dwa lata. Pisałam ją w bezsenne noce – zmęczona po pracy etatowej, która na co dzień była mi potrzebna do banalnego przetrwania. Ile wyrzeczeń musiałam na konto swojej literackiej pasji i powołania ponieść – nie sposób wyliczyć pojedynczym tchem. Istotne jest jedno: pracując tak ciężko, jak na przykład ja nad swoją powieścią – do głowy by mi nie przyszło, żeby godzić się na jej współfinansowanie. Wierzyłam, że mój talent i pracowitość zasługują na to, aby i wydawca – we mnie uwierzył i dał mi szansę. Aby to on – nie ja – poniósł koszty wszelakiej redakcyjnej korekty, przygotowania tekstu do druku, zaprojektowania okładki, zadbania o dystrybucję i tak dalej. Bo w końcu Justyna Karolak – nie od automarketingu była, a od tworzenia. Gdybym chciała bawić się w bizneswoman – otworzyłabym własną firmę – ot, własne wydawnictwo. Tymczasem fakt, że szukam wydawcy, oznacza przecież – co uznaję za moje w pełni zasadne prawo – że pragnę jako pisarz oddać się w cudze ręce (a nie swoje własne) niczym pod skrzydła marszanda sztuki. Bo i taka jest rola poważnego wydawcy, nie zaś moja. Gdybym chciała zostać marszandem – zostałabym marszandem, nie pisarzem.

I powiem więcej – większość wydawnictw z prawdziwego zdarzenia, o ile nie wszystkie, marzy o wybitnym debiucie. Każda książka, która została zakwalifikowana do wydania – wiąże się z nadzieją wydawcy, iż drzemie w niej potencjał – nie tylko artystyczny, ale też marketingowy, finansowy. Dlatego wmawianie młodziutkim, potencjalnym pisarzom, że powinni oni żebrać kogokolwiek o wydanie ich dzieł jak psiaki z podkulonymi ogonami, albo powinni z uśmiechem na ustach ochoczo dopłacać do wydania ich dzieł – to coś, jak piekło źle ogrzane1. I co najgorsze – wielka krzywda dla nowego, wschodzącego narybku, który faktycznie – znamionuje sobą artyzm. Artyzm i wyjątkowość.

I powiem więcej – artysta, to zwyczajny człowiek. Zwyczajny, bo on także – jak każdy, kto chadza po tym świecie – chciałby na swoim działaniu, na swojej pracy: po prostu zarabiać. Bo artysta – też je. Nawet zobligowany jest zakupić sobie buty na zimę. Nie mówiąc o konieczności uiszczania opłat za dach nad głową. Dziwne, prawda? Przecież tak łatwo żyć w przeświadczeniu, że artysta – to nadczłowiek. Rozpieszczony przez bogatych rodziców duży bobas. Któremu od urodzenia – z nieba sypały się pod stopy płatki róż i manna. I oczywiście – za darmo. To znaczy – za samo istnienie.

Otóż – nie. Wcale tak nie jest. Nie tak, jak sugeruje pan Narbutowicz, tworzenie literatury się odbywa.

Powiem raz, a dobrze, żywiąc nadzieję, że każdy dysponujący choć jedną szarą komórką – zrozumie. Otóż pisanie – bycie pisarzem, tworzenie literatury – nie różni się ani od machania łopatą i odśnieżania ulicy, ani od kładzenia papy na dachu w 40. stopniowym upale, ani od stania za ladą w hipermarkecie przez dwanaście godzin pod rząd. Pisarz jest niczym każdy inny, kompletnie dowolny „robol”. Bo prawdziwą literaturę – „produkuje się” przez krew, pot i łzy. Literaturę piękną częstokroć się orze – i pisanie polega na orce właśnie, a nie na „boskim natchnieniu”. I oprócz tego, że pisarz odczuwa – to prawda – ze swojej roboty satysfakcję, gdyż wykonuje ją z powołania – bo taki właśnie się urodził i przybył na ten świat, do cholery – zmęczenie jego mięśni jest identyczne, jak w każdej innej, wytężonej pracy. I pora, aby świat nareszcie to zrozumiał: nie tylko praca fizyczna męczy. Nie tylko noszenie cegieł na budowie. Praca intelektualna i emocjonalna – męczy i boli w nie mniejszym stopniu. I zmęczenie owo przekłada się również na kondycję fizyczną, na wyczerpanie całego organizmu, ciała. Szczególnie, że młodzi pisarze – aby mieć na chleb, pracują na minimum dwóch etatach. Pierwszy – to ten za dnia. Na budowie, jako kelner, w dziale call center w korporacji, czy gdzie tam… A potem – po wyczerpaniu całodzienną pracą – nastaje noc i pora na drugi etat. Na tworzenie literatury przez duże L – bo do tego czuje się powołanie, bo do tego się urodziło.

Zrozummy to dobrze: pisarz, artysta – to nie leń, który z góry zakłada, że wiele za samo istnienie mu się należy. I pora najwyższa ten mit artysty, który nie zna pokory – skutecznie obalić.

Artysta w sposób specyficzny otrzymuje od życia liczne ciosy i klapsy. Niczego nie dostaje za darmo – chyba że wyrazy otuchy i wsparcia od przyjaciół. Na resztę – haruje sam, jak koń pociągowy, jak zaplątane w kaganiec, często strofowane i poniżane, zwierzę. Bo artysty przyjęło się nie traktować poważnie – bo to tylko darmozjad przecież, żyjący z głową w chmurach. A na deser pan Narbutowicz jeszcze się zapyta przewrotnie: skoro jesteś artystą, to dlaczego tak bardzo zależy ci na pieniądzach? Piszesz dla sztuki czy dla pieniędzy?

Och, panie Narbutowicz, jakież pana zdanie przewrotne – istotnie, jakże inteligentne – kłaniam się panu z najszczerszym, najrzetelniejszym sarkazmem, na jaki tylko mnie stać.

I odpowiem panu, proszę pana, że ja piszę – ani dla sztuki, ani dla pieniędzy.

Piszę – dla prawdy. Piszę po to, żeby wydobywać ze świata i życia – te szczegóły, których pragmatyczne, biznesowe oko ludzi tak niesprawiedliwych i niemądrych, jak pan, nie jest w stanie dostrzec. Po to piszę – by poławiać z natury i kultury rzeczy – niuanse najsubtelniejsze, najciekawsze, osobnicze, specjalne… I czynię to po to, żeby się moimi znaleziskami wspaniałomyślnie z ludźmi podzielić.

A pieniądze? Proszę wierzyć, że mnie osobiście – nie są do niczego potrzebne. Proszę jednak, by w moim imieniu – wytłumaczył to pan mojemu dostawcy prądu. By w moim imieniu wytłumaczył to pan ekspedientce w sklepie spożywczym, gdzie kupuję chleb. By w moim imieniu wytłumaczył to pan administracji budynku, w którym mieszkam. Proszę, by w moim imieniu wytłumaczył to pan Fenicjanom.

P.S. Młodzi Pisarze, Autorzy. Jeżeli zastanawiacie się, jak wydać książkę, to powiem Wam wprost: nie ma innego sposobu, niż nieustająca praca nad sobą i swoim warsztatem. Praca po godzinach, za darmo, w czasie nocy. A potem – kiedy dzieło już skończone – słać do wydawnictw trzeba i nie myśleć o przegranej. Bo jeśli jesteś urodzonym pisarzem, literatem z powołania – wydawca, Twój Wydawca, w końcu Cię zauważy. I wyda, nie narażając Twojej kieszeni na koszty. Nie pouczając przy tym sztywną mową – wielkiego biznesmena. Odkryje Cię i wyda – bo taka jest jego rola. To on wyłoży pieniądze na stół. Bo tak, jak Ty o Wydawcy – Wydawca też o Tobie marzy. Też Cię szuka. Też na Ciebie czeka. Dlatego – głowa do góry, i pracuj. Pewnego dnia – uda Ci się. Jestem o Ciebie zupełnie spokojna.

1Myśl zapożyczona od Kisiela.

Komentarze czytelników

22 komentarzy do “Jak wydać książkę? Prawda zamiast mitu – dla młodych pisarzy.”

  1. ~Leon pisze:

    Napisał co wiedział przecież jest wydawcą, więc o co chodzi – tak myśli jak pracuje wydawanie to biznes i tyle, chociaż wielu traktuje je jak powołanie, on nie , dlatego nigdy nie osiągnie sukcesu, bo nie rozumie co robi, to nie kwestia pieniędzy, to nie kwestia czy autor wyda sobie sam czy w wydawnictwie, to nie ma znaczenia, liczy się – potem, wszystko co potem, potem już nikt nie ma racji tylko czytelnik, pamiętajcie krytyk to tez czytelnik tylko już zmęczony :-)

    • justynakarolak pisze:

      On myśli jak wydawca – ale nie każdy wydawca myśli, jak on, co warto podkreślić. To raz.
      Dwa – ja myślę, jak pisarz. Również ten początkujący. Do czego także mam prawo i moja opinia nie jawi się jako oderwana od rzeczywistości, lecz pozostaje tym i owym poparta.
      A trzy – tak, owszem, co myśli Czytelnik; koronny argument… Ale – nie, nie tylko, co myśli Czytelnik się liczy. Zanim bowiem proces wydawniczy się zwieńczy i owoc jego trafi do Czytelnika, przede wszystkim kwestią priorytetową jest jednak to, co sam autor myśli o własnym przekazie literackim i swoim losie nędznym – w co on wierzy, i jaką on ma – na siebie i swoje pisanie formułę.
      I ponad wszystko – moim zdaniem ma znaczenie kolosalne, czy debiutant wydaje za swoje pieniądze, czy odpowiedzialność przejmuje na siebie wydawca. I dobrze, żeby ludzie, którzy sercem oddani są pisaniu – lecz nie posiadają pieniędzy – zdawali sobie sprawę, że nadal mają szansę, że warto, aby walczyli o swój talent i zaufanie wydawcy, a nie – dzięki zimnemu, dalece subiektywnemu zdaniu pana Narbutowicza – byli sprowadzani do parteru bez szansy powrotu między szeregi.

  2. ~Ewa pisze:

    Olga Tokarczuk wydała swoją pierwszą powieść za własne pieniądze, bo nie chciały jej wydawnictwa. Według Pani teorii jest zatem beztalenciem…

    • justynakarolak pisze:

      Czytałam literaturę Olgi Tokarczuk – bardzo lubię i cenię tę autorkę, odpowiem Pani tytułem wstępu. W rozwinięciu zaś, co następuje:

      przede wszystkim, proszę pozwolić, że wyjaśnię Pani rzecz podstawową. Otóż w niniejszym artykule nie nakreśliłam żadnej teorii, lecz odniosłam się do realnego życia – tego, które znam osobiście. Nie porównuję mojego doświadczenia, ani zawodowego, ani egzystencjalnego, z doświadczeniem innych pisarzy – mówię jedynie o realiach, z jakimi sama się zetknęłam. Nigdy nie przyszłoby mi do głowy, by zarzucić pani Tokarczuk brak talentu, zważywszy, że słowo pisane tej pani – odpowiada mojemu gustowi oraz cieszy i ciekawi moją duszę i umysł. W niniejszym artykule opowiedziałam o zupełnie innym problemie – Pani natomiast nie zauważyła tego problemu i skomentowała coś innego, co ani trochę nie leżało w przestrzeni mojego tekstu. Opowiedziałam o tym, że są w społeczeństwie – i to jest pewna porcja prawdy o realnym świecie, proszę Pani – ludzie bez talentu literackiego, którym naprzeciw wychodzą rozmaite witryny i witrynki wydawnicze z propozycją self publishing. To nic złego, że ci ludzie otrzymują takie możliwości, że znajdują dla siebie na rynku wydawniczym miejsce, że są szczęśliwi; w porządku – natomiast stawianie sprawy w ten sposób, że dzielenie się kosztami pół na pół – wydawca i pisarz – jest bardzo uczciwe, normalne i sensowne w każdej bez wyjątku sytuacji, ja uważam za niesmaczne, niewłaściwe i krzywdzące wobec ludzi utalentowanych.

      Moja prawda jest taka: każdy, kto ma pieniądze, może wydać – cokolwiek, gdziekolwiek, i na dodatek – redaktorzy za stosowne profity finansowe, ślicznie złamią tekst do druku, oprawią go w cudną okładkę, a i może nawet w dystrybucji pomogą. To żadna sztuka – mieć pieniądze, i wydać „książkę”. To żadna sztuka – mieć pieniądze, i elegancko się ubrać, i pachnieć perfumami marki Dior. Sztuką jest nie mieć pieniędzy, i ładnie, przyzwoicie wyglądać. Sztuką jest nie mieć na czynsz albo na schabowego, a żyć – pomimo tych braków, i mieć gdzie mieszkać, i nie być głodnym, i pisać.

      Ja – pieniędzy nie miałam, nie posiadałam. Walczyłam o byt i o swoje pisanie. Miałam do dyspozycji, do poradzenia sobie w życiu – tylko talent. I miłość bliskich. I wiarę w cud – wiarę, że ktoś – jakiś wydawca – w końcu we mnie uwierzy, pomoże mi, da mi szansę.

      Inną sztuką jest i taka, której dokonała pani Tokarczuk: wydała pierwszą powieść własnym nakładem pieniężnym, ponieważ wierzyła w swój talent. I miała rację. I brawo. Może była bardziej przedsiębiorcza ode mnie? A może miała więcej szczęścia ode mnie? Jakie to ma znaczenie? Liczy się prosty fakt: literatura Tokarczuk została wydana, dzięki czemu możemy radować się i delektować jej słowem pisanym. Ale to przecież zupełnie inna historia, inny dialog – inne komentarze, pod zupełnie innym artykułem… Tymczasem – skąd przyszło Pani do głowy, że uznaję Olgę Tokarczuk za beztalencie? Nie pojmuję, dziwię się Pani.

      Pozdrawiam, miłego dnia :).

  3. ~parradox pisze:

    Bardzo dziękuję za jakże krzepiące słowa! Niestety, coraz ciężej jest „przebić się” ponad ogół. Granica pomiędzy kimś, kto jest utalentowany a tym, kto po prostu pracuje – została zatarta.

    Niestety, należę do tych ludzi, którym natura nie poskąpiła umysłu plastycznego, chociaż to może akurat dobrze. Niestety, bo w zamian dostałem cechę równoważącą cenę każdego talentu – lenistwo.

    Codziennie walczę z sobą mając wrażenie, że czas, który powinienem przeznaczyć na pisanie już minął, albo właśnie przecieka mi przez palce. Toczę bój z własną świadomością, przy czym częściej dochodzę do wniosku, że ważniejsza od talentu jest pracowitość i zdolność do poświęceń.

    Mógłbym tłumaczyć się, że jestem jeszcze młody – że to efekt społeczeństwa, które zbyt rzadko stawiało mi wymagania. Nie – to moja słabość i jestem jej w pełni świadomy. Myślę, że jest wielu ludzi podobnych do mnie. Nie poddawajcie się, czerpcie inspirację z tych, którym się udało.

    Jeszcze raz dziękuję za pozytywny wpis, na pewno przyczynił się do dalszego postępu w mojej pracy nad sobą. Przepraszam za off-top, ale moja złość, żal do siebie, od czasu do czasu muszą znaleźć gdzieś ujście :D (lepiej w internetach, niż gdziekolwiek indziej, czyż nie?).

    Jednakże, chciałbym podyskutować na ten temat – Jak Pani radziła sobie w tych momentach, gdy nic nie przychodzi łatwo (Wiadomo, nic na siłę. Z drugiej strony, przy moim stylu życia, gdybym się do pewnych rzeczy nie zmuszał, to nic bym nie robił, ot. :C )

    Pozdrawiam Serdecznie :)

    • justynakarolak pisze:

      Dzień dobry :).

      Cieszę się i jestem wzruszona, że uznał Pan wpis za pozytywny, że przyczyniłam się w pewien sposób do Pana postępów, jak Pan mówi, w pracy nad sobą. To miłe słowa, niezwykle krzepiące i budujące też dla mnie, dziękuję :).

      Poruszył Pan kilka gorzkich strun, to prawda, ale nie mam nic przeciwko temu. Wątpliwości ludzi utalentowanych artystycznie – co do siebie samych, co do świata zewnętrznego i krainy materii, w której ci ludzie próbują na co dzień „rzeźbić”, są bardzo naturalne. Przy tej okazji zgłosił Pan kilka problemów, które nie są mi obce, a które osobiście również uznaję za na tyle ważne i ciekawe, że chętnie o nich podyskutuję.

      Dziś jednak odnoszę się do Pana komentarza krótko tylko, aby serdecznie powitać w moim mieście, w Karolakowie :). Zainspirował mnie Pan do napisania odrębnego artykułu, w którym postaram się wnikliwie odnieść do poruszonych przez Pana problemów, i oczywiście odpowiedzieć na Pańskie pytanie. Także w najbliższym czasie proszę spodziewać się nowego tekstu na moim blogu, który napiszę specjalnie dla Pana oraz dla wszystkich innych ludzi, uwrażliwionych, utalentowanych, kreatywnych… Po dokonaniu tego wpisu, gorąco polecam się do dyskusji, chętnie nawiążę wówczas dialog. Być może wspólnie uda nam się zaprosić do rozmowy także innych, zogniskowanych wokół literatury albo innych dziedzin kultury i sztuki, czego obojgu nam życzę – bo chociaż pisanie wymaga od nas, autorów, często tego, by w samotni skoncentrować umysł, spiąć emocje i zebrać myśli, to jednak dzielenie się swoim doświadczeniem, tak samo jak marzeniami, dążeniami i wątpliwościami – równie często okazuje się bezcenne i potrafi dodać odświeżającego i mobilizującego wiatru w żagle.

      Także na ten moment żegnam się z Panem, by natychmiast, zaraz po przeczytaniu Pańskiego komentarza, zabrać się za pracę nad tekstem, który niniejszym obiecuję.

      Pozdrawiam serdecznie :).

    • Być może zainteresuje Pana cykl warsztatów literackich mojego autorstwa? Jest to seria artykułów na łamach witryny Toster Pandory – w zakładce Literatura znajdzie Pan kategorię Warsztaty Pandory, zapraszam i pozdrawiam serdecznie :).

      http://tosterpandory.pl/?cat=4319

  4. ~GAbriela pisze:

    Właśnie takiej, pozytywnej prawdy poszukuję. Moje opowiadanie jeszcze nie są gotowe do wylotu, a ja już myslę o tym, czy wysyłanie będzie miało sens. Za słowa otuchy dziękuję. Wizualizuję więc pachnącą nowością książkę z dobrze znanym mi tekstem:) Jeszcze raz dziękuję.

    • justynakarolak pisze:

      Cieszę się, że mogłam dodać Ci pozytywnej energii :). Trzymam za Ciebie kciuki, życzę wszystkiego dobrego na drogę i oczywiście wspaniałego wydawcy :). Pozdrawiam bardzo serdecznie :).

  5. ~Danuta Antas pisze:

    Pani Justyno,
    nie znam tekstu pana N. i niekoniecznie chce mi się szukać, by przeczytać.
    Przeczytałam Pani posta i mam mieszane uczucia.
    Po pierwsze, sama jestem artystką (nie pisarzem, ale i takie działania podejmuję).
    Znane mi z bezpośredniego doświadczenia są opinie niektórych rodaków na temat artystów. Nie w tym jednak problem. Może Pani nie wiem jak żarliwie pisać o ciężkiej pracy twórcy, tym nie zmieni Pani poglądów ludzi, którzy myślą inaczej. Rzecz w tym, że człowiek to taka istota, która zazwyczaj myśli, że inni mają lepiej, niż on sam. Pracowałam kiedyś jako nauczyciel i znam takich, co twierdzili, że nauczyciele to lenie i wałkonie, bo pracują po 18 godzin, a chcą tyle, jakby pracowali pełen etat. I wie Pani co? Część tych osób szybciutko zmieniła zdanie, stając po drugiej stronie.
    Przykładu tego użyłam wyłącznie po to, aby uświadomić Pani i innym osobom podobnie myślącym, że należy się uodpornić, a najlepiej odciąć od opinii takich jak wspomniany tutaj pan. N prezentuje.
    Druga rzecz. Nie ma Pani racji co do tego, że artysta, pisarz nie powinien inwestować w sprzedaż swoich prac.
    Tutaj uważam, że jest Pani w kompletnym błędzie, być może spowodowanym tym, że udało się Pani za pierwszym razem wydać książkę bez inwestowania. Sama znam wybitnych artystów, niezwykle utalentowanych, którzy liczyli na to, że ktoś zrobi robotę za nich. A świat współczesny – jest, jaki jest – idzie swoją drogą i pieniądz w nim jest na pierwszym miejscu. Wiedzą o tym więcej ci, którzy usiłują prowadzić jakąkolwiek firmę. We firmie, jak ma funkcjonować, nie ma miejsca na „a może się uda i sprzedamy dobrze” Wydawnictwo, to też firma, nie instytucja charytatywna, jej funkcjonowanie opiera się na tych samych zasadach ekonomicznych. Nic zatem dziwnego, że tak chętnie wydaje się u nas wielu nawet miernych autorów zagranicznych, tylko dlatego, że na Zachodzie potrafi się robić dobry marketing (mają za co to robić) i wykreowano tych pisarzy na wielkich. Publikuje się ich w milionach na całym świecie, ale ich twórczość jest kiepska. Za to oprawa biznesowa do tego była super i zrobiła swoje.
    Jak Pani myśli? Skąd ten nagły wzrost ilości pisarzy? Czy aż tak talenty nam się rozwinęły? Nie, to po prostu dla niektórych świetny biznes. I nieważne, czy wydawnictwo publikuje artystę, czy kiepskiego rzemieślnika. Wydawnictwo chce i musi zarobić na tym.
    Wmawianie pisarzom, artystom, że nie powinni nic dokładać do swojego, to jest oszukiwanie ich, łudzenie, że sam talent wystarczy. Van Gogh i wielu jemu podobnych, którzy za życia głodowali, są dowodem na to, że mam rację.
    Dzisiaj artysta, pisarz, musi być własnym managerem, musi się znać na prawach rynku, musi inwestować we własny biznes i wykształcenie biznesowe, bo jak Pani sama zauważyła, chce tworzyć i z czegoś musi żyć. Myślę, że taka roszczeniowa postawa ze strony niektórych artystów mogła spowodować „rozzłoszczenie” pana N., który napisał, jak poczuł. Może nie przemyślał każdego słowa.
    Sama poświęciłam sporo czasu na promocję innych kreatywnych na stronie magazynu, który stworzyłam. Ręce opadają, w jakiej błogiej nieświadomości funkcjonują niektórzy artyści i choć robią super prace, nikt się nie zabija o nich, bo oni sami nie potrafią nadążyć za współczesnym rynkiem sztuki. A są zdolni artystycznie. Tylko jak małe dzieci w dziedzinie autopromocji i inwestycji w talent.
    Artyści, twórcy muszą się nauczyć dbać o własne sprawy, a nie składać wszystko w obce ręce. Dlaczego? bo polegając w 100% na kimś innym, przestajemy mówić własnym głosem.
    Artyści mają możliwość współtworzyć podstawy swojego biznesu. Jak? Crowdfunding, u nas w powijakach, ale na Zachodzie funkcjonuje sprawnie.
    Artysta nie musi być tym, który zawsze chodzi i prosi. Zmiana myślenia o swoim potencjale, dobrze zrobi artystom. Zapewniam:)
    Przepraszam, jeżeli mój komentarz zbyt długi. Temat dla mnie ważny, jak dla każdego, który jest twórcą.
    Pozdrawiam, Danuta

    • justynakarolak pisze:

      Pani Danuto,
      witam serdecznie artystkę w moim blogowym mieście i dziękuję za tak obszerne konkluzje – miło odebrać rozbudowany komentarz z mnóstwem treści do dyskusji, więc nie ma za co przepraszać; bardzo się cieszę :).

      Pani Danuto, wiele słuszności zawiera się w Pani rozbudowanym komentarzu – tak uważam. Ale z niektórymi Pani zdaniami chętnie podyskutuję.

      Otóż nie do końca mogę zgodzić się z twierdzeniem, iż „artysta w dzisiejszych czasach” musi sam troszczyć się o swoje interesy, zaś nie oczekiwać, że wydawca „zrobi za niego robotę”. Jeśli już upierać się na głoszenie postulatów o tych, naszych czasach, powiem, iż być może jest tak, że myślenie przedsiębiorcze staje się poniekąd koniecznością dla coraz szerszego gro ludzi, niezależnie od profesji, którą się parają. Natomiast ja jako artysta-pisarz wcale nie oczekuję, że jakikolwiek wydawca przejmie na siebie zadania – moje, mnie przypisane. Każdy ma swoje zadanie do wykonania: ja – piszę, wydawca – publikuje, zapewnia promocję etc. Powinniśmy być dla siebie partnerami we wspólnym interesie, mając na względzie fakt mym skromnym zdaniem dość istotny, a niestety ignorowany częstokroć: wydawca nie istnieje bez pisarza, natomiast pisarz bez wydawcy – owszem, istnieje, może istnieć. Natomiast stawianie sprawy w ten sposób, iż artysta w dzisiejszych czasach winien być również przedsiębiorcą, wydaje mi się czymś w rodzaju nieco źle ogrzanego piekła, parafrazując Kisiela. Jasne, jeśli dana jednostka twórcza czuje się po temu na siłach, wtedy w porządku – dlaczego takowa miałaby się ograniczać i nie sprawować pełnej kontroli nad swoją twórczością w sensie biznesowym, marketingowym? Ale jeżeli pisarz czuje się pewniej wyłącznie w roli pisarza, jeżeli nie zna się na technicznych szczegółach wydawniczego procesu, ani na medialno-promocyjnej lawinie wokół autorów, artystów – dlaczego miałby dobrowolnie wystawiać się na tę lawinę i dodatkowo, nie mając doświadczenia ni pewności w tym temacie, usiłować nią zawiadować?

      Chcąc „coś osiągnąć”, bez wątpienia trzeba w siebie dużo inwestować i ponosić wielkie koszty tego długofalowego, powolnego, bolesnego procesu – a jestem zdania, że artysta powinien inwestować przede wszystkim energię, intelekt, talent, pracę itd. Warto zdać się na wsparcie doświadczonych wydawców, poszukiwać wydawcy, nim zaciągnie się długi w celu opłacenia autopromocji w postaci self-publishing. Nie każdy malarz chce otwierać własną galerię i nią zarządzać – wystawiać swoje prace i żyć godnie, udostępniając swoje dzieła ludziom, chciałby każdy. Zarządzanie i myślenie marketingowe nigdy nie było domeną artystów, a marszandów, menedżerów i przedsiębiorców.

      Każde czasy są takie, jakimi je postrzegamy. Dziś mówimy o średniowieczu jako o epoce ciemnej, mrocznej, prymitywnej pod względem intelektualnym, lecz zdanie to głosimy w sposób wielce ogólny oraz z kilku epokowego dystansu. Mian tych dla swojej epoki (średniowiecza) nie znali ludzie wówczas żyjący. Dlatego osobiście bardzo sceptycznie odnoszę się do współczesnych opinii o treści: w dzisiejszych czasach jest tak lub tak, w dzisiejszych czasach z całą pewnością powinniśmy być tacy albo tacy, gdyż dokładnie tego wymaga od nas aktualna sceneria, tło i wszelkie okoliczności przyrody.

      Dużo ważniejszy od prawd mainstreamowych wydaje mi się osobisty pogląd człowieka o sobie samym – to, do czego on sam czuje powołanie, a nie to, co musi, powinien lub co zdaniem ogółu wypada. Jestem pisarzem i chcę poszukiwać wydawcy, który będzie moim sprzymierzeńcem i partnerem w pracy – zaś gdy odkryję w sobie żyłkę przedsiębiorcy, z przyjemnością otworzę własne wydawnictwo.

      Pozdrawiam serdecznie :).

      • ~Danuta Antas pisze:

        Pani Justyno,
        Zapewniam Panią, że jako artystka doskonale rozumiem Pani punkt widzenia. Pisząc o tzw. „naszych czasach” mam na myśli to, co widzę i uważnie obserwuję na Zachodzie wśród tamtejszych artystów. Prawda jest taka, że Ci którzy zarabiają na sztuce, są swoimi własnymi managerami. To nie znaczy, że nie korzystają z pomocy innych fachowców, ale znaczy, że sami planują swoją karierę i kierunek, jaki ona ma obrać. Wielu artystów odnoszących sukcesy prowadzi własne galerie, warsztaty, szkoły artystyczne, po to, by móc uprawiać sztukę na własnych zasadach. To mam na myśli, pisząc o tym, że trzeba się zapoznać z biznesem. Oddając się całkowicie w cudze ręce, może się okazać, że przestajemy być właścicielami własnego dzieła. Wystarczy przyjrzeć się choćby Louis Hay, autorce książek motywacyjnych i właścicielce wydawnictwa (założonego zresztą po to, by wydać jej pierwszą książkę. Polscy artyści mają restauracje, prywatne teatry, itp.
        Wiem, że nie jest łatwo być artystą i zajmować się biznesową częścią swojej twórczości. Przymusu nie ma. Sposobów na życie jest wiele i każdy jest dobry, jeżeli komuś służy:) Ja jedynie z własnego doświadczenia wyrażam pogląd, który przedstawiłam w komentarzu z 17/03. Wiele osób nie mniej zdolnych ode mnie z mojego pokolenia odpadło z życia tylko dlatego, że czekali, aż ktoś się zajmie ich twórczością, nie nadążyli za zmieniającymi się czasami. Proszę pamiętać o tym, że wydawnictwo bez autora nie funkcjonuje, ale autorów piszących jest na pęczki. Wydawnictwa chętnie wydają autorów zachodnich, często przeciętnych. Wie Pani dlaczego? … bo mają lwią część promocji danego autora załatwioną przez macierzyste wydawnictwa zachodnie, które zadbały o zrobienie komuś nazwiska. Artystą trzeba być w sercu, ale nogami trzeba stać mocno na ziemi. Tak jest bezpieczniej. Ale to tylko moje zdanie:))) a w sumie, jak się znajdzie fajny anioł stróż biznesu, który zajmie się sprzedażą moich zdjęć, to będę bardzo szczęśliwa, bo jednak twórczość jest ciekawsza od biznesu:) Pozdrawiam serdecznie i do następnych odwiedzin na Pani stronie:)

        • justynakarolak pisze:

          Pani Danuto, cóż mogę powiedzieć – oczywiście sporo prawdy w Pani opiniach… Zwłaszcza ostatnia część komentarza mówiąca o tym, że jednak sztuka jest ciekawszym zajęciem od biznesu – z chęcią podpiszę się pod tym fragmentem wszystkimi kończynami :). Mam nadzieję jeszcze nie raz spotkać Panią na swojej ścieżynce – choćby tej w sieci – gdyż strasznie to miłe móc podyskutować z tak sympatycznymi ludźmi z kręgu artyzmu, pozdrawiam serdecznie :).

  6. ~Jacek pisze:

    Dziękuję Pani Justyno. Choć jedna iskierka w tej czeluści :)

  7. ~Rose_Belle pisze:

    Czytałam sobie ostatnio opinie o książkach młodych autorów np. ‚Dystrykt 121. Wybranka losu’ Marii Wicik. Znalazłam informację, że wysłała tekst do dziesięciu wydawnictw, z czego odpowiedziało siedem i z nich wybrała to, które miało najlepszą ofertę wydawniczą, czyli Warszawska Firma Wydawnicza. Opinie na temat książki nie są raczej pochlebne, tak samo innych książek młodych autorów, którzy wydali swoją książkę w wydawnictwie ze współfinansowaniem. Niektórzy wybaczają z samego faktu, że to ich piersze dzieło, są też osoby, które wytykają różne błędy w tekście. To ja mam w takim razie pytanie, bo skoro ktoś daje dużą kwotę za wydanie książki, to chyba liczy na to, że ta kwota (nawet nie mała) zostanie dobrze rozporządzona, prawda? Odnoszę czasem wrażenie, że te wydawnictwa patrzą tylko za pieniędzmi i wydadzą wszystko, byle sypnąć groszem. Tak przynajmniej można pomyśleć, gdy napotka się słabe książki. Nie krytykuję autorów, bo wiem, co czuje osoba, która chciałaby wydać swój tekst. Sama też się o to staram i widzę, że wydawnictwa proponujące współfinansowanie są bardzo chętne do współpracy, nawet prawie skusiłam się na jedno, ale nie chcę ‚tylko wydać’, żeby mieć satysfakcję. Chcę, żeby moja książka była godna uwagi i wolę pracować nad nią jeszcze sporo, żeby w końcu zauważyło je ‚normalne’ wydawnictwo. Jeśli się nie uda, to znaczy, że to jeszcze nie mój czas. Jakoś straciłam zaufanie do tych wydawnictw ze współfinansowaniem, mam wrażenie, że nie przykładają się do korekty itd. Może się mylę.

    • justynakarolak pisze:

      Dziękuję za tak obszerny i ciekawy komentarz :). Cóż, moje zdanie jest takie, że czasem warto spojrzeć na daną sytuację dwojako – mam wrażenie, że jedna perspektywa nigdy nie jest wystarczająca do tego, by móc jednoznacznie stwierdzić, co jest dobre, a co złe. Nie dziwi mnie Twoja postawa braku zaufania do wydawnictw, które wydają książki ze współfinansowaniem ze strony autora albo zupełnie na jego koszt. Jeśli chcesz pracować nad swoją książką, aby zainteresowało się nią „normalne” wydawnictwo, to wg mnie jest to bardzo zacne podejście świadczące o tym, że podchodzisz do swojej literatury niezwykle poważnie i zależy Ci na rozwoju osobistym. Z drugiej strony wydanie powieści na swój koszt sprawia, że wszystkie prawa – autorskie i majątkowe – do powieści pozostają przy Tobie, podobnie profity z dystrybucji egzemplarzy trafiają w całości do Twojej kieszeni. Natomiast minusem jest, że w takim wypadku samemu trzeba zadbać o promocję, o to, jak dotrzeć do Czytelnika – wiadomo, że szczególnie przy pierwszej wydanej książce jest to z praktycznego punktu widzenia prawie że nierealne do osiągnięcia… Podstawowe pytanie brzmi: na ile sam autor czuje się w pełni gotowy do dotarcia ze swoim dziełem, przekazem do Czytelników? Jeżeli szczera odpowiedź brzmi: tak, jestem gotowy – już, właśnie teraz; to wówczas sposób wydania książki zaczyna grać drugie skrzypce. Publikować i wydawać można na wiele różnych sposobów, i każdy z nich ma zalety i wady. Miarą Twojego – jak i mojego – sukcesu jest więc ten fakt, czy jest się upartym i konsekwentnym w tworzeniu, czy nam zależy… reszta ułoży się „samoistnie” :). Pozdrawiam serdecznie :).

  8. ~Layla pisze:

    Witam. Ja nie mam 18 lat, ale chce wydać książkę. Napisałam i uważam że jest dobra, moja nauczycielka z poslkiego, sprawdzona osoba to potwierdza. Mam zamiar najpierw zabezpieczyć swoją powieść (jaki jest najlepszy sposób?) po czy wysyłać ją po różnych wydawnictwach. Jak myślicie jaka metoda będzie najlepsza i najbardziej prawdopodobna, żeby moja książka została przyjęta? Zaznaszam że jest to spin-off czyli legalne robienie przygód o bohaterach serialu, zwykle drugoplanowych, zozwijające wątki poboczne, w tym wypadku animowanego. Nie chcę odpowiedzi typu nie uda ci się to, podjęłam już decyzję i wydam moją książkę za wszelką cenę. Pomożecie?

    • justynakarolak pisze:

      Laylo,
      szczerze mówiąc – nie wiem, jakiej pomocy oczekujesz. Twój komentarz jest mało klarowny – nie bardzo rozumiem, co masz na myśli, pisząc: „Mam zamiar najpierw zabezpieczyć swoją powieść (jaki jest najlepszy sposób?)”. Jeśli obawiasz się tego, że wydawnictwa zaingerują w Twój tekst bez poinformowania Ciebie o tym, jesteś w błędzie :). Należy po prostu rozesłać swoją propozycję literacką do wydawnictw i cierpliwie poczekać na odpowiedź :). Nikt nikomu nie kradnie dzieła literackiego i takie obawy nie mają żadnego sensu :). Na pewno przed zaproponowaniem jakiemukolwiek wydawnictwu swojej wizji książki/pomysłu literackiego, należy zapoznać się z profilem danego wydawnictwa i dowiedzieć, jakich informacji (prócz samej propozycji literackiej) od potencjalnego autora dany wydawca oczekuje. Oznacza to, że nie zasypujemy nikogo swoimi tekstami ni historiami naszego życia, tylko piszemy starannie odważony list do konkretnego wydawcy, podając wyłącznie niezbędne, kulturalnie skonstruowane informacje…

  9. ~Bąbel pisze:

    A co myślisz o self-publishingu jeśli wydawca nawet nie odpisuje na maile? Czy warto wydać własną kasę na stranach jak rozpisani.pl, żeby wydać coś własnym nakładem? Niby można więcej zarobić, jeśli ksiażka jest dobra, ale czy polecasz to na początek, dla początkujących pisarzy?

    • Uważam, że nie istnieją uniwersalne rozwiązania. Ja osobiście nie chciałam wydawać pierwszej książki w życiu metodą self-publishingu, zależało mi na tym, by pojawiła się na rynku „normalną”, klasyczną metodą. Nie chciałam startować jako powieściopisarz z pułapu: „przecież każdy w dzisiejszych czasach może wydać książkę, więc i ona mogła”. Wydaje mi się, że poważny wydawca odpisuje na poważne maile. Jeśli nie odpisuje, to albo w naszym liście/propozycji pojawiło się coś niewłaściwego (np. niepasującego do danego profilu wydawniczego), albo nasz mail utonął w morzu innych maili od potencjalnych debiutantów. Warto po kilku miesiącach dopytać wydawcę, o co chodzi, lub po prostu ponowić swoją propozycję. Przede wszystkim warto przestudiować swój mail do wydawcy i zastanowić się, „co jest nie tak”, spróbować być może nowej formuły wypowiedzi. I tak dalej, i tak dalej… Innymi słowy, droga poszukująca Wydawcy, to żmudna, niekrótka droga.

      Jednak nie potępiam wydawania metodą self-publishing. Pytanie brzmi natomiast, czy nowicjusz udźwignie ciężar promocji i dystrybucji książki, czy dysponuje na to środkami – nie tylko finansowymi, ale także wewnętrznymi, intelektualnymi i emocjonalnymi. Zatem to tylko Ty możesz stwierdzić, jaki sposób wejścia na rynek wydawniczy będzie dla Ciebie najlepszym sposobem.

      Z całą pewnością zaś uważam, że jeśli osoba chcąca być pisarzem, kalkuluje, która metoda opłaca się bardziej pod względem finansowym, to jestem zdania, iż z dużym prawdopodobieństwem nie jest ona pisarzem, tylko osobą poszukującą „jakiegoś sposobu na życie/pracę”. Nakierowywanie się na wstępie na uzyskiwanie z pisania profitów finansowych, to nieporozumienie, polegające na złej (nieodpowiedniej) kolejności podejmowanych rozważań. Mówiąc zwięźle: piszemy i poszukujemy sposobów na publikowanie swojej twórczości, ponieważ nie potrafimy żyć bez pisania, a nie dlatego czy po to, by na swoim pisaniu zarobić. Zarabiają tylko ci najbardziej znani – trzeba zdawać sobie z tego sprawę.

      Pozdrawiam.

  10. ~Izabela pisze:

    Witam

    A ja przeczytałam choć nie do końca cały tekst i też mam mieszane uczucia.

    Otóż w jednym się zgodzę, że wydawnictwa które proponują wydanie książki za pieniądze to dla mnie absurd. Dlaczego? Bo nie każdego stać na to aby mieć 3000zł na to aby wyłożyć na książkę. Ja byłam w takiej sytuacji kiedy jedno z wydawnictw chciało wydać moje wiersze (6lat temu) ale powiedziano mi, że mają takie a nie inne warunki. Powiedziałam, że nie dam rady bo nie dawno urodził mi się syn itp. Rozumiem wydawnictwa, ze chcą zarabiać przecież firma jak każdy, ale nie każdy kto chce wydać jest w stanie wyłożyć pieniądze na wydanie książki. Ot co

    No i co i nic. Moje wiersze leżą sobie dalej w szufladzie, pomimo tego, że jeden dość znany młody poeta czytał moje wiersze i powiedział mi, że mam próbować. Byłam na spotkaniu autorskim i go poprosiłam żeby przeczytał moje wiersze i powiedział co czuje je czytając, choć wiedziałam że tego nie robi. Wysłałam i napisał swoje odczucia. Nie oceniał budowy itp bo tego chyba w wierszach nie da się ocenić. Ale wtedy dostałam skrzydeł i co? I tak szybko jak dostałam skrzydeł, tak szybko mi je podcięto. Minęło 6 lat a ja nie spróbowałam, bo nie stać mnie na to aby je wydać.

    Niestety pisanie to jest ciężka praca. Ja żebym coś napisała muszę mieć tzw wenę twórczą, a nie zawsze ją mam. Komuś kto nie pisze to wszystko wydaje się takie łatwe i proste.

Komentuj