Justyna Karolak dziwi się światu. Tym napisem wita wszystkich tablica wjazdowa do miasta, jakim jest Karolakowo. A pod spodem, drobnym maczkiem, widnieje jeszcze dopisek: „Jaką cudowną rzeczą jest oko! Swoje uważam za prawdziwy miękki aparat fotograficzny, który robi zdjęcia nie świata zewnętrznego, lecz mojej najtwardszej myśli i myśli jako takiej.” Z pozdrowieniem dla Salvadora Dali, wita w swoim mieście, na osobistym blogu – Justyna Karolak. Zanim rozpoczniesz zwiedzanie, pozwól najpierw, że się przedstawię: notki "O mnie" i "Kontakt" – znajdziesz w Archiwach – Styczeń 2013.
piątek Wrzesień 22nd 2017
JUSTYNA KAROLAK DZIWI SIĘ ŚWIATU. TYM NAPISEM WITA WSZYSTKICH TABLICA WJAZDOWA DO MIASTA, JAKIM JEST KAROLAKOWO. A POD SPODEM, DROBNYM MACZKIEM, WIDNIEJE JESZCZE DOPISEK: „JAKĄ CUDOWNĄ RZECZĄ JEST OKO! SWOJE UWAŻAM ZA PRAWDZIWY MIĘKKI APARAT FOTOGRAFICZNY, KTÓRY ROBI ZDJĘCIA NIE ŚWIATA ZEWNĘTRZNEGO, LECZ MOJEJ NAJTWARDSZEJ MYŚLI I MYŚLI JAKO TAKIEJ.” Z POZDROWIENIEM DLA SALVADORA DALI, WITA W SWOIM MIEŚCIE, NA OSOBISTYM BLOGU – JUSTYNA KAROLAK. ZANIM ROZPOCZNIESZ ZWIEDZANIE, POZWÓL NAJPIERW, ŻE SIĘ PRZEDSTAWIĘ: NOTKI "O MNIE" I "KONTAKT" – ZNAJDZIESZ W ARCHIWACH – STYCZEŃ 2013.

Limbo – amstaff terapeutyczny

Uwaga, uwaga! Zanim przejdę do kluczowej, ważnej i unikalnej opowieści o szczególnym psie rasy amstaff, niestety ponudzę Was obszernym wstępem, a zatem: ci Czytelnicy, którzy pragną od razu czytać o psie amstaffowym, o uroczym imieniu Limbo (wszystkie prawa do imienia zastrzeżone – żarcik…), proszeni są o przewinięcie dwóch poniższych akapitów (albo i trzech).

Drodzy! Witam serdecznie w Nowym Roku! Wiem – szalenie późno na tego rodzaju powitanie, ale… lepiej później, niż wcale (mam nadzieję)… Start roku 2016 strzelił niczym z bicza, do cna wchłaniając mnie w poczynania zawodowe, a i pasjonackie – publicystyczne (tj.: te publikowane na witrynie Toster Pandory – zapraszam wszystkich serdecznie, nieustająco). Dopiero toteż po weekendzie majowym – powracam do mego skromnego miasta Karolakowo, lecz na swe usprawiedliwienie dzierżę opowiastkę miłą, przedziwną, a do tego – absolutnie prawdziwą… Wybaczcie toteż, proszę – chyba już tradycyjnie proszę – moje spóźnialstwo i bloga niedoglądanie. Jak zwykle, tak i w trakcie ostatniej pauzy w blogowych publikacjach, uciekłam w osobistą samotnię, trochę tylko podobną do pustelniczej beczki (moja samotnia bardziej zbliżona jest do kawalkady zdarzeń iście kalejdoskopowych, ultrafioletowych i cyrkowych). Jednakże dość nudnego wstępu – zapraszam do frapującego rozwinięcia! Opowiastka moja dotyczyła będzie – po pierwsze życia prywatnego, po drugie – świata zwierząt, po trzecie – miękkich aspektów, rzec by, hmm… psychologicznych (ludzkich)… Uwaga – czytamy!

Ci z Was, którzy odwiedzali już i czytywali moje Karolakowo – miasto blogowe tymi, justynowymi, rękoma zbudowane – świetnie wiedzą, że nie epatuję na łamach swego bloga opowieściami o prywatnej, osobistej warstwie życia, nie zwierzam się w stylu pamiętnikowym z tego, co mnie ekscytuje, a co sponiewiera czy zniechęca… Nawet rozliczne przemyślenia własne, zawierające słowo „wiwisekcja” w tytule, nie zdradziły Wam dotychczas praktycznie niczego wiążącego na temat mojego rzeczywistego, namacalnego życia. Co więcej, analogiczną ochronę mojej sfery osobistej narzuciłam sobie także w obrębie serwisów społecznościowych, Facebook i Google+, na jakich posiadam swe konta – i obie społecznościowe platformy wykorzystuję jedynie do udostępniania autorskich poczynań literackich, publicystycznych, tudzież vlogowych, oraz do udostępniania cudzych materiałów z dziedziny rozległej publicystyki i blogosfery… Podobał mnie się zawsze pewien surowy, magiczny dystans, utworzony pomiędzy mną Justyną Karolak fizyczną, realną – a mną Justyną Karolak wirtualną, nieuchwytną, niekrystaliczną. Pomimo iż wszelkie swoje teksty blogowe dość konsekwentnie ilustruję moją twarzą (wszak warto oswajać kompleksy i wady, by stały się znośnymi, zgodnie z wiedzą Junga, którą szalenie szanuję i lubię), a i sylwetką niekiedy, nigdy nie powiedziałam Wam o sobie nic naprawdę kluczowego… Nic! W roku 2016 postanowiłam pozwolić uwieść się nucie ekshibicjonizmu, tak popularnego przecież w sieci w XXI wieku, i opowiedzieć Wam historię prawdziwą, jak rzecze się potocznie: wprost z życia mego wziętą! A oto i ona!

Otóż jestem szczęśliwą posiadaczką psa rasy amstaff, o ciekawym imieniu – Limbo. Niech nie zmyli Was znaczenie tegoż imienia: „limbo” oznacza piekielno-czyśćcową otchłań, lecz piesek mój otrzymał to diaboliczne miano wcale nie na cześć diaboliczności, a na cześć znakomitej gry komputerowej pt.: Limbo. Gra urzekła mnie prostotą, sprytem zaprezentowanych łamigłówek, a i kształtem oraz zachowaniem głównego bohatera, czyli postaci, w jaką jako gracze się wcielamy. Bohater ów – mały, platformówkowy chłopiec – przemierza wraz z fabułą i scenerią gry całą piekielną (czy czyśćcową) otchłań, by odnaleźć i uratować swą siostrzyczkę… Wzruszający zarys chłopięcego bloba, w połączeniu z prostolinijną, acz mroczną estetyką, wydały mi się sugestywną wskazówką do nadania imienia mojemu psu, rasy amstaff. Patrząc zatem na szczenię – trzymając potencjalne moje amstaffiątko w ramionach – zerknęłam maleństwu w cudne, kaprawe oczęta, i pomyślałam: „No, nie ma rady, bestio. Przynależysz do rasy psów-morderców, toteż musisz nosić mordercze, groźne imię”… Limbo! Ależ tak!

Psię moje w roku bieżącym skończy 3 lata. I powiem krótko: nie ma ci kochańszego, cudowniejszego psa, aniżeli amstaff! Och, oczywiście – wiele innych psów, a i zwierząt, jest zaiste wspaniałych, ale amstaff… Przeznakomite psię! Co za rewelacyjne zwierzę! I dysponuję licznymi dowodami na potwierdzenie tej tezy – oto i one!

Moje amstaffiątko zostało nabyte, gdy liczyło sobie 5 tygodni. Wybrałam mojego pieska osobiście, z sześcioosobowego miotu, i był to środkowy szczeniaczek. Czyli nie ten, który podbiega do człowieka jako pierwszy (nie ten, który jest samczykiem alfa, czyli bezwzględnym dominatorem), i nie ten, który podbiega do człowieka jako ostatni albo wcale (tzw.: szczeniaczek uległy, wsobny). Od pierwszego wejrzenia, był to – idealny, mój pies. Wybrałam go w pełni świadomie jako pieska środkowego (obserwując zachowanie całego miotu), gdyż marzyłam o silnym, emocjonalnym, pełnym temperamentu psie rasy amstaff, ale chciałam, by naturalna – genetycznie naddana – charyzma mojego amstaffa była „wypośrodkowana”.

l3

Limbo – 5 tygodni

Następnie powzięliśmy – ja i mąż – to pieskowe niemowlę na ręce, i zabraliśmy do naszego domu. Była to wczesna jesień, pieska mąż niósł na rękach, trzymając psie ciałko za grubą połą kurtki. A piesek dziarsko wysunął na zewnątrz (kurtki) łebek, i przyglądał się światu ze zdziwieniem – był naprawdę zaledwie oseskiem, dotychczas żył w ciepłym gniazdku z matką i rodzeństwem, aż tu nagle: wielki, chłodnawy, dziwaczny świat. Nasz piesek wykazywał jednak zdumiewającą ciekawość tegoż świata, ani przez sekundę nie był wystraszony, choć pewnie nieco oszołomiony. Kiedy weszliśmy do domu, tuż za progiem – mąż postawił pieska na podłodze, a piesek pobiegł z uniesionymi uszkami, odważnie w głąb mieszkania (zniknął nam z oczu, by pospiesznie – samodzielnie – zwiedzić obcy teren), po czym powrócił wprost do nas, zatrzymał się przed nami, zadarł mordkę, i wykonał pierwsze (żywiołowe, szczere, charyzmatyczne): – Hau!

Drodzy Czytelnicy, po tym pieskowym, głosowym raporcie – ani ja, ani mąż – nie mieliśmy wątpliwości, że to jest naprawdę, bezdyskusyjnie NASZ pies. Od początku był przytomny, dynamiczny, pozbawiony lęku, wahania etc. – tego pierwszego wieczora zasnął na swoim pierwszym samodzielnym psim posłaniu, nie zapłakał ani razu, za matką czy za rodzeństwem. Od pierwszego wieczora sypiał sam – nie kwilił, nie piszczał, nie zawodził, nie wchodził do naszego łóżka, przesypiał ze spokojem pełne noce. Uczyliśmy go cierpliwie, konsekwentnie, że jego miejsce jest u niego – na samodzielnym psim posłaniu – ugłaskiwałam go do snu: czuł się bezpiecznie i sypiał sam, od razu, wspaniale akceptując nasze (ludzkie, nowe) zasady życia, codzienności.

Aby opowieść nie jawiła się nadto różowo, zwierzę się szczerze, że pierwsze kłopoty wychowawcze zaczęły się, kiedy mały liczył sobie 3 miesiące. Pewnego dnia, gdy nakarmiłam bydlaczka, postanowiłam go pogłaskać w czasie, kiedy konsumował posiłek ze swej miski – aż tu nagle ten wciąż jeszcze mały, zdałoby się, że niepozorny piesek, przyjął postawę przysadzistą, typową dla amstaffów szykujących się do ataku, i wydobył z siebie warkot straszliwy – głęboki, głośny, niski, ostrzegawczy, pięknie odsłaniając garnitur śnieżnobiałych zębisk w szerokiej paszczy, gotowej w każdej chwili się zacisnąć (na moim nadgarstku). Wraz z mężem nie mogliśmy wyjść z podziwu nad tym, jaki ponury, dorodny warkot potrafi wydobyć z siebie niewielki szczeniaczek. Sytuacja w każdym razie była dla nas jasna: mały amstaffik rośnie, i oto po raz pierwszy w życiu postanowił zawalczyć o dominację nad naszym rodzinnym stadem, pokazać, kto tu obejmie rządy. Postanowił, zgodnie z instynktem obrończym i terytorialnym, zawalczyć o swoje jedzenie.

Tak właśnie amstaffy rozpoczynają swój ekspansywny okres dojrzewania – najpierw wygrywają z właścicielem swoją miskę, uznając ją za wyłącznie psią własność, następnie przystępują do podobnej próby zawładnięcia np.: fotelem właściciela. Jeśli wygrają swoją miskę i jakiś jeden ludzki mebel, zaczynają powiększać fizyczny rewir swego panowania nad domem – w następnej kolejności opanowują drugi mebel, np.: kanapę, potem fragment pokoju, potem cały pokój, kuchnię, i tak dalej.

Po tej pierwszej agresywnej reakcji Limbo nad miską, uświadomiliśmy sobie, że musimy rozpocząć intensywniejsze wychowywanie naszego amstaffa – był już na to gotowy. Bo jeślibyśmy tej intensyfikacji nie podjęli, w krótkim czasie efekt byłby następujący: mąż wychodzi do pracy, a ja zamykam się w łazience i blokując od wewnątrz klamkę, nasłuchuję, czy mój pies po mnie idzie, czy nie… Zareagowaliśmy więc od razu: zabrałam psu miskę, głębokim poważnym tonem skarciłam go (werbalnie), i „zmusiłam” psa wzrokiem i chłodną, konsekwentną postawą do tego, żeby przestał wgapiać się w miskę, którą trzymałam w rękach, a zaczął patrzeć mi w oczy. Sens tego ćwiczenia polega na tym, aby pies wpoił sobie, że jedzenie przydziela pani – jedzenie należy do właściciela, pies je jedynie otrzymuje: to nie jest mięsna zdobycz, którą sam upolował, i której powinien chronić przed konkurencją.

Limbo 1

Początkowo młody był swoiście „narwany”, czyli ruchliwy, chaotyczny, eksponował też swoją postawą fizyczną i głosem, że posiada własną wolę. Lecz powtarzałam ćwiczenie konsekwentnie z każdym posiłkiem! Aż doszłam do etapu, w którym piesek już nie wpatrywał się w miskę, gdy szykowałam mu posiłek, tylko we mnie – w moją twarz i gesty. Aż doszłam do etapu, w którym piesek jadł swój posiłek już w postawie rozluźnionej, normalnej – nie zasadzony nad miską, na ugiętych łapach, z miską pomiędzy łapami, która to postawa oznaczałaby, iż młody wciąż odczuwa „zagrożenie” i „potrzebę walki o swoją własność”. Aż doszłam do etapu, w którym stawiałam miskę z przygotowanym posiłkiem na podłodze, lecz piesek samowolnie do niej nie podbiegał – spokojnie wpatrywał się w moją twarz, aż przekażę mu werbalne polecenie „proszę”, oznaczające, że już może podejść (dopiero kiedy mu wyraźnie na to zezwolę).

Dziś jestem przeszczęśliwą właścicielką nieomal trzyletniego amstaffa – i mogę głaskać go, kiedy je (czego oczywiście nie nadużywam, ale czasem praktykuję dla sprawdzenia czy przypomnienia – czy wpojone mechanizmy zachowawcze są w dalszym ciągu normą dla mojego psa, czy nadal je akceptuje), mogę trzymać obie dłonie w jego misce z jedzeniem, kiedy je. I – nie dzieje się nic. Limbo czuje się komfortowo, bezpiecznie, zwyczajnie.

Jednak nie dość ćwiczeń z miską! Kiedy Limbo skończył 4 miesiące, mimo wszystko spróbował opanować właśnie fotel. Od początku obowiązywał go zakaz korzystania z ludzkich mebli i przedmiotów, natomiast zgodnie z tym, jak rozwija się amstaff, jak dynamiczny i dominujący to piesek, kiedy znów nieco obrósł w masę fizyczną, podjął decyzję o wtargnięciu na fotel.

I znowu, jak ongiś – charakterystyczna przysadzista postawa, zęby na wierzchu, oczy zmrużone, i potężny, naprawdę soczysty warkot. Przyrzekam, że warczący amstaff – wywiera dojmujące wrażenie: włos się jeży i człowiekowi wszystkiego się odechciewa. Ale ja nie mogłam się poddać – to była niezwykle istotna, wiążąca chwila: gdybym psu uległa, cofnęła się, pozostawiła go na naszym fotelu, sygnał dla tego zwierzęcia byłby nade jasny, klarowny: wygrałem, jestem silniejszy, mogę wyrażać własną wolę i rządzić w domu. A zatem zniżyłam głos, skarciłam psa werbalnie i rozkazałam: – Zejdź, do siebie! Nie posłuchał: zniżył jeszcze swą postawę i wzmocnił warkot. Podeszłam, chwyciłam bydlaczka pod pachy (porwałam go na ręce) – nieco się wywijał i kąsał – po czym kategorycznie odstawiłam na podłogę i stanowczo (słowami) odesłałam do siebie. Schylił łeb, położył po sobie uszy, i posłuchał. To był arcyważny przełom w procesie wychowawczym amstaffa – od tej chwili nie pojawiły się już psie manifestacje siły i walki o dominację. Co dalej?

l1

Dalej rzecz przedstawia się malowniczo: Limbo jest psem wybitnie rodzinnym, towarzyskim, uwielbiającym wszystkie psy, małe i duże, ubóstwia również dzieci. W stosunku do dzieci zachowuje się jak zawodowa niania – chodzi, drepcze wokół dziecka, pilnuje, aby na przykład nie upadło, stara się delikatnie tulić do dziecka swój wielki, kwadratowy, piękny łeb. Wręcz Limbo stał się psem… prawie terapeutycznym!

Pewnego razu wracałam z Limbo do domu, prowadząc go na smyczy – Limbo był wtedy około roczny, więc już doprawdy rosły – a znad przeciwka szło małżeństwo z około dwuletnim synkiem. Chłopczyk uśmiechnął się do Limbo – był to czarujący, naturalny uśmiech, który rozpromienił dziecku całą buzię – wyciągnął przed siebie rączki, i nim rodzice zdążyli zareagować, podbiegł do Limbo, pogłaskał go radośnie, z werwą, po czym zaczął niemiłosiernie chichrać się z tego, że Limbo polizał go w policzek. I zachwycony tym faktem – chłopczyk wepchnął Limbo do pyska swoje dwie maleńkie rączki (zapewne po to, aby Limbo lizał te rączki). Od razu odezwałam się do rodziców chłopca, że wszystko w porządku, że mój pies kocha dzieci, itd. – doświadczenie nauczyło mnie bowiem, że rodzice dzieci na widok amstaffa reagują dość niechętnie, a wręcz wrogo (czemu się wcale nie dziwię, bo wygląd amstaffa nie jest „przytulankowy”, tylko mięsisty, mocny, bojowy). Matka chłopca miała łzy w oczach, ojciec również wydawał się być poruszony. Matka mówi do mnie: – Stała się magia. Nasz syn panicznie boi się wszystkich psów, maleńkich i wielkich, chociaż nigdy żaden go nie ugryzł. Boi się, i już. A do pani psa podszedł z taką radością, tak naturalnie!

l2

Tak, to były łzy wzruszenia matki. Jej synek dzięki spotkaniu z moim Limbo – przestał bać się psów. Limbo go „odczarował”. Chłopczyk i Limbo bawili się ze sobą przez chwilę, dziecko zaśmiewało się do rozpuku, nie przejawiało względem mojego psa ani kropli dystansu – czuło się całkowicie bezpiecznie i wyglądało na szczęśliwe. Ja i rodzice chłopca pożegnaliśmy się we wzajemnej sympatii, a Limbo zapiszczał parokrotnie, cichutko, że chłopiec już sobie idzie, że zabawa z dzieckiem za szybko się skończyła (mój Limbo chciałby bawić się w ten sposób w nieskończoność).

Tego rodzaju „terapeutycznych” historii, Limbo ma na koncie sporo! Ostatnia spontaniczna terapia w wydaniu mego najlepszego psa na świecie, miała miejsce bodaj 2 czy 3 tygodnie temu. Na spacerze spotkaliśmy mopsiczkę, która zwykła reagować warczeniem, szczekaniem i olbrzymią niechęcią na wszystkie psy rasy amstaff. Jak wyjaśniła mi właścicielka, mopsiczka rozpoznawała tę rasę bez pudła, a to z tej logicznej przyczyny, że w przeszłości przeżyła atak amstaffa, który zacisnął na niej szczęki. Właścicielowi mopsiczki udało się odeprzeć ów atak – nie pamiętam z opowieści, jakimi środkami, lecz grunt, że amstaff mopsiczkę – wypluł. Odniosła rany, jej drobne psie ciałko wyzdrowiało – ale uraz psychiczny pozostał. Tymczasem owa mopsiczka – bez oporu podbiega do Limbo, obdziela go kilkoma zwartymi szczęknięciami prosto w nos, po czym, widząc nad sobą zauroczony, rozanielony pysk mojego psa, opiera mu obie swe łapki na klacie i… całuje prosto w pysk! I znów – magia! Łzy w oczach – mopsiczka uleczona!

Limbo  (2)

Limbo – prawie 3 lata

Prócz tego, że amstaffy z uwagi na historię rasy istotnie są psami bojowymi, pozostają przede wszystkim psami o rozbudowanej emocjonalności. Są wybitnie towarzyskie i prorodzinne. Najsroższą więc karą dla amstaffa – w jego własnej percepcji – jest chłód, obojętność ze strony właściciela. Gdy młody amstaff cokolwiek w domu „przeskrobie”, wystarczy stanowczo odesłać go do siebie. Wystarczy wówczas delikatnie odepchnąć – nie pozwolić psu położyć łba na swoich kolanach. Taki spokojny, chłodny dystans wytworzony przez właściciela, natychmiast przynosi pozytywne rezultaty. Pies błyskawicznie wpisuje sobie do psychiki, które zachowania są nieakceptowalne – które „grożą odrzuceniem”. I odwrotnie – kiedy pies nauczy się czegoś stosownego, pożądanego, wtedy przytulenie go, wychwalenie głosem pełnym podziwu, wygłaskanie za poprawnie wykonaną czynność, owocuje szczęściem u psa. Amstaff uczy się w ten sposób prawidłowych zachowań i reakcji – a ponieważ tak emocjonalne zwierzę najszczęśliwsze jest wtedy, kiedy kocha je właściciel, z dużym entuzjazmem będzie wypełniał swoje psie „obowiązki”, zaś unikał zachowań niechcianych przez ludzi, niestosownych.

Ważne jest również uczenie amstaffa od maluszka pozytywnych relacji z innymi pieskami i psami. Amstaff wychowywany w stylu konsekwentnym, darzony miłością, ale także pozytywną, zrównoważoną stanowczością, przyzwyczajony do kontaktów z innymi zwierzętami i ludźmi, to pies uczuciowy, radosny, przytulny i grzeczny (nieagresywny).

Piszę ten osobisty tekst jednakże nie po to, aby się przed Wami chwalić – nie! Temu tekstowi przyświeca intencja wyższa. Otóż do psa rasy amstaff przykleiła się renoma psa-mordercy, psa-agresora czy zabójcy, arcygroźnego psa, genetycznie zaprojektowanego wyłącznie do walki. Ta niegodziwa renoma jest dalece niesprawiedliwa dla tychże psiaków. Wszystkie ataki ze strony tych psów wzięły się z niewłaściwego wychowania – wynikły z nieodpowiedzialnego właściciela. I mówiąc o nieodpowiedzialnym właścicielu, niekoniecznie mam na uwadze „typ spod ciemnej gwiazdy”, łysy i w obskurnym dresie. Nie należy zaprzeczać, że amstaff jest rasą wymagającą i stanowczo nie każdy powinien sprawiać sobie takiego psa!

Limbo  (5)

Jeśli nie masz silnej, stanowczej, zrównoważonej osobowości – odpuść! Amstaff może Cię zdominować, wtedy zarówno Ty, jak i Twój pies – będziecie mierzyć się z poważnymi problemami, ze skutkami szkód, które spowodujecie.

Jeśli masz tendencje do zmiennych czy histerycznych nastrojów – odpuść! Amstaff to pies wyjątkowo wrażliwy – odbija wszystkie stany emocjonalne człowieka, jak lustro. Jeśli zachowujesz się w sposób dalece kapryśny, przestylizowany, czy nie do końca adekwatny do sytuacji, Twój pies będzie pobudzony i zdezorientowany. A jeśli będzie chronicznie pobudzony i zdezorientowany, wtedy może stać się również nieprzewidywalny.

Jeśli masz zamiar karać amstaffowe szczenię klapsami – odpuść! Amstaff jest odporny na ból, który jednak oczywiście czuje, lecz bijąc go – wkurzysz go tylko, rozognisz i przyzwyczaisz do tego, że gesty przemocy są normalne, akceptowane przez Ciebie.

Jeśli pracujesz po 12 godzin dziennie i masz zamiar trzymać przez ten czas amstaffa w jakże modnej, psiej klatce – odpuść! Amstaff nie jest królikiem – to dynamiczny, uczuciowy pies, który wymaga obecności i miłości właściciela, i który kocha wolność. Kocha, kiedy człowiek mu ufa, kiedy go nie zamyka i nie izoluje od świata – również tego małego, domowego świata.

Jeśli nie masz czasu na to, aby bawić się z amstaffem codziennie, regularnie, w sposób siłowy – czyli jeśli nie chce Ci się „szarpać”, „przeciągać” z amstaffem specjalnej linki z supłami, kupionej w sklepie zoologicznym; odpuść! Amstaff ma silne szczęki, potrzebuje je ćwiczyć, musi rozładowywać swoją siłę i dynamikę w pozytywnym, dostosowanym do jego potrzeb fizycznych i mentalnych, środowisku. Amstaff musi posiadać swoje stałe i na bieżąco uzupełniane zabawki (twarde gryzaki i kości, ww. linki (tj.: sznury), itp.). Musi mieć zapewniony ruch na świeżym powietrzu – gdy dysponujesz działką, podwórzem, zawieś mu oponę na sznurze, umocowanym na drzewie, niech skacze do niej, zaciska na niej szczęki i wisi tak sobie, ile zechce. Amstaffy to uwielbiają; nie są biegaczami, ale są bardzo skoczne i intensywne – trzeba zorganizować im optymalne warunki, by po swojemu, porządnie mogły się wybawić!

Jeśli zdaje Ci się, że całe wychowanie amstaffa załatwisz tuleniem i trzymaniem na swoich kolanach – zdziwisz się! Amstaff uwielbia bliski kontakt, wręcz cielesny, z człowiekiem (wtula łeb, pcha się do przytulania całym ciałem), ale potrzebuje wyzwań: poleceń i zadań, które może samodzielnie wypełniać, aby móc się przed Tobą wykazać i zaimponować Ci, wtedy będzie kochał Cię jeszcze bardziej, gdyż będzie Ciebie szanował!

Jeśli brak Ci cierpliwości – odpuść! Amstaffy to komunikatywne i pojętne psy, ale proces dojrzewania (stabilizacji wewnętrznej) trwa u nich długo. Niektóre amstaffy „zatrybiają” w czwartym miesiącu życia załatwianie potrzeb fizjologicznych na dworze, inne w szóstym, jeszcze inne – dopiero w okolicy roku życia. Zwyczajowo przyjmuje się, że amstaff osiąga dorosłość mniej więcej w trzecim roku życia – zaś przez owe pierwsze trzy lata amstaff może zaskoczyć Cię nie raz „resetem” funkcji, które dawno temu skutecznie opanował, i wówczas trzeba wytłumaczyć mu od nowa, cierpliwie, co wolno, co trzeba, a czego – nie. Nie zapominaj i o tym, że ułożony już – na przykład roczny lub dwuletni amstaff – może spróbować ponowienia prób ustalenia swojej dominacji w domu, dotyczy to szczególnie samców, u których nagłe wyrzuty testosteronu mogą sprowokować odmienne, mocne, dominujące zachowania. Wówczas należy reagować dokładnie tak, jak w przypadku szczenięcia (zgodnie z przykładami o misce i fotelu, które opisałam powyżej), czyli: stanowczość, przekaz werbalny, chłodny dystans ze strony właściciela (obojętność) oraz konsekwentne wyegzekwowanie w danej, newralgicznej sytuacji od psa dokładnie takiego zachowania, jakie pragniemy trwale w nim zaszczepić.

Chcę również raz jeszcze podkreślić wyjątkową emocjonalność amstaffów. Ta emocjonalność jest jednakowoż piękna, co straszna. Amstaff popada w stan ekscytacji i frywolności z byle powodu – może pobiec w głąb ruchliwej ulicy, nie bacząc na samochody, bo akurat spostrzegł kota sto metrów dalej i postanowił się z nim przywitać i pobawić. Może stać się niemy na komendy, które świetnie zna i rozumie, i które na co dzień – dobrze wychowany – bez kłopotu respektuje. Starczy jednakże pojedynczy nieprzewidziany, nowy bodziec – by wzrok amstaffa stał się „ciemny” (ślepy na Ciebie), a jego głowa kompletnie „głucha” (niesłysząca Ciebie). Amstaff zapala się do czynu jak stóg siana polany benzyną – wystarcza drobna iskra, by wybuchł pożar emocji. Należy koniecznie nauczyć się opanowywać ten pożar i potrafić pomóc psu w odzyskaniu równowagi wewnętrznej.

Limbo  (6)

Czego nie lubi amstaff – z czym sobie słabo radzi? Otóż mój Limbo wiele razy przypomniał mi swym zachowaniem, że choć kochany, pogodny i totalnie nieskory do ataków, mimo wszystko pozostaje psem bojowym i obrończym. Jego potrzeba chronienia mnie oraz naszej „domowej zagrody” nieustająco wkodowana jest w jego instynkt. Kiedy przebywamy w plenerze wraz z grupą przyjaciół i organizujemy sobie grill, Limbo biega dynamicznie i w pełni swobodnie dookoła naszego „obozu”, jednak sam siebie pilnuje, by nie oddalić się na więcej niż 30 metrów. Wyraźnie zatacza kółka o promieniu tej właśnie wielkości – stosuje obchód, wypatruje potencjalnego wroga i wie, że my-ludzie jesteśmy bezpieczni wtedy, kiedy trzymamy się w jednej zwartej gromadce w centrum tego okręgu. Kiedy zaś kilkoro z nas rozchodzi się w przeciwne strony, Limbo denerwuje się – miota. Nie wie, za kim pobiec, nie wie, kogo pilnować. Nie jest bowiem owczarkiem i nie lubi, kiedy jego „stado”, nad którym pełni pieczę, rozłazi się. W takich sytuacjach ogarnia go lekki stres, gdyż nie ma instynktu zaganiania stada, natomiast ma instynkt wojownika, więc kiedy stado się rozbiega – on wypada ze swej naturalnej roli ochroniarza i nie jest pewien, jakie kroki powinien podjąć, by stado znów było razem, zaopiekowane przez niego.

W tym miejscu raz jeszcze nawiążę do owych psich klatek, które szczerze powiedziawszy, osobiście uznaję za swoistą nowomodę hipsterską dla leniwych, którzy albo nie wykazują głębszego pojęcia o charakterze amstaffa i żałują czasu, by się douczyć w tym zakresie, albo zwyczajnie nie chce im się włożyć starania w wychowanie amstaffa, więc wolą zamknąć go w klatce na czas swego pobytu w pracy, by w ten sposób amstaff nie zrujnował im mieszkania. Mam do powiedzenia na ten temat tyle: kiedy nie ma Cię w domu, Twój amstaff wchodzi w tryb bronienia terytorium, powinien więc mieć zapewnioną swobodę spacerowania po pokojach, aby mógł dokonywać właściwego swej naturze obchodu, aby mógł podchodzić do okna i do drzwi, i nasłuchiwać – po pierwsze tego, czy nie zbliża się wróg, po drugie tego, czy nie wraca ukochany pan/pani. Zamykanie go w klatce czyni z amstaffa zwierzę bezosobowe, „kastruje” go bowiem z zachowań instynktownych, które w sobie zawiera i które przy prawidłowym prowadzeniu ze strony właścicieli – są niegroźne, a i niezwykle użyteczne oraz piękne.

Dodam jeszcze, że jeśli Twój dorosły amstaff pod Twoją nieobecność dokonuje inwazji na dom – niszczy meble, zjada piloty, buty, pościel, wszystko… to znaczy, że zupełnie nie radzi sobie z samotnością. A nie radzi sobie z samotnością dlatego, że go tego nie nauczyłeś – nie przyzwyczaiłeś w sposób stopniowy, płynny do tego, że czasem musisz wyjść z domu bez niego. Najprawdopodobniej zostawiałeś go samego od razu na długie godziny. Albo nie nauczyłeś go, co wolno, a czego nie. Mój Limbo potrafi zostać sam w domu, i już jako dorosły pies, nie dotyka niczego, co nie jego – wokół wiszą kable od laptopa czy innych sprzętów, na podłodze w zasięgu psiego pyska stoją lampy papierowe, leżą kapcie, na krzesła zarzucone są swetry czy kurtki: nie rusza niczego. Nie kładzie się również na naszej kanapie, nie zdejmuje z niej poduszek…

Klatka dla psa, to substytut zastępczy za nauki psychologii i biologii – dla tych ludzi, którzy zamiast amstaffa, powinni sprawić sobie świnkę morską lub chomika. Te zwierzęta egzystują w terrarium – amstaff: nie. Wiedz zatem, że nawet jeśli złamałeś swojego amstaffa i „wmówiłeś” mu, że klatka, to pozytywna rzecz, która mu służy – on Twój punkt widzenia zaledwie toleruje, bo cóż innego mu pozostaje? Ale wewnątrz – uczyniłeś z niego psa dalece nieszczęśliwego.

Mój Limbo, to amstaff bardzo szczęśliwy – zgłasza mi swoje szczęście codziennie, potrafi je wyrazić, choć oczywiście przeżywa własne psie dramaty, kiedy na przykład chce już, natychmiast wyjść na spacer, a pani się guzdra, zbyt długo wiążąc buty. Jednak jest szczęśliwy, bo ja i on – szanujemy nawzajem nasze wspólne i osobne potrzeby. Mój Limbo nie jest psem perfekcyjnie wyszkolonym, nie wykonuje piruetów i cyrkowych sztuczek, nigdy tego od niego nie oczekiwałam. Ale zna swoje miejsce w stadzie, dlatego jest kochany, radosny i ciepły. Dlatego, że nigdy go nie „uczłowieczałam” – od początku traktowałam go jako zwierzę, wprawdzie kochane, lecz jednak będące istotą zupełnie różną od człowieka. Nigdy nie wymagałam od niego, by samoczynnie „rozumiał”, jak powinien się zachowywać, a jak – nie. Uczyłam go wszystkiego cierpliwie, zgodnie z zasadami opisanymi powyżej. On też wytrwale uczył mnie siebie, swej amstaffowej natury – wiele aspektów limbowej osobowości poznawałam w praktycznym procesie wychowawczym, który nie raz roztoczył przede mną osobliwe wyzwania, jakich nie opisano w żadnej książce ni artykule. I dziś jestem przeszczęśliwą właścicielką najlepszego psa na świecie – amstaffa terapeutycznego, o imieniu Limbo.

Justyna Karolak

 

 

 

 

 

 

Komentarze czytelników

2 komentarzy do “Limbo – amstaff terapeutyczny”

  1. ~Jaga pisze:

    Miło przeczytać, że ktoś zachowuje zdrowy rozsądek przy wychowywaniu psa. Mam sukę owczarka niemieckiego – walczyłam z kilkumiesięcznym szczeniakiem o terytorium, bo nie wolno mi było usiąść na podłodze, bo pies gryzł mnie do krwi. Przy pomocy tresera i dzięki naszej konsekwencji udało się. Dziś gdy usiądę nawet na posłaniu psicy ona wstaje i robi mi miejsce. I tak było z wieloma rzeczami z miską, zabawkami – trzeba było żelaznej konsekwencji. Moja psica śpi w domu mimo, że cały dzień spędza w ogródku pilnując swoich włości, ale klatka też dla mnie jest czymś niezrozumiałym. Uwielbiam psicę ale na kanapę czy fotel nie ma prawa wstępu…. Ma swój materac i posłanie z których może korzystać. Nie zabraniamy jej przebywania koło nas – w końcu to członek rodziny. Pozdrawiam Jaga

    • justynakarolak pisze:

      Witaj w Karolakowie :). I z Twojego komentarza wynika, że i Ty zachowałaś zdrowy rozsądek w wychowywaniu psa, i brawo :). No i proszę, z Twego opisu wynika, że nie tylko amstaffy, bo i owczarki niemieckie są „charakterne” – myślę, że praktycznie każdy prawidłowo wychowany pies jest kochanym stworzeniem i członkiem ludzkiej rodziny. Pozdrawiam również :).

Komentuj