Justyna Karolak dziwi się światu. Tym napisem wita wszystkich tablica wjazdowa do miasta, jakim jest Karolakowo. A pod spodem, drobnym maczkiem, widnieje jeszcze dopisek: „Jaką cudowną rzeczą jest oko! Swoje uważam za prawdziwy miękki aparat fotograficzny, który robi zdjęcia nie świata zewnętrznego, lecz mojej najtwardszej myśli i myśli jako takiej.” Z pozdrowieniem dla Salvadora Dali, wita w swoim mieście, na osobistym blogu – Justyna Karolak. Zanim rozpoczniesz zwiedzanie, pozwól najpierw, że się przedstawię: notki "O mnie" i "Kontakt" – znajdziesz w Archiwach – Styczeń 2013.
niedziela Październik 22nd 2017
JUSTYNA KAROLAK DZIWI SIĘ ŚWIATU. TYM NAPISEM WITA WSZYSTKICH TABLICA WJAZDOWA DO MIASTA, JAKIM JEST KAROLAKOWO. A POD SPODEM, DROBNYM MACZKIEM, WIDNIEJE JESZCZE DOPISEK: „JAKĄ CUDOWNĄ RZECZĄ JEST OKO! SWOJE UWAŻAM ZA PRAWDZIWY MIĘKKI APARAT FOTOGRAFICZNY, KTÓRY ROBI ZDJĘCIA NIE ŚWIATA ZEWNĘTRZNEGO, LECZ MOJEJ NAJTWARDSZEJ MYŚLI I MYŚLI JAKO TAKIEJ.” Z POZDROWIENIEM DLA SALVADORA DALI, WITA W SWOIM MIEŚCIE, NA OSOBISTYM BLOGU – JUSTYNA KAROLAK. ZANIM ROZPOCZNIESZ ZWIEDZANIE, POZWÓL NAJPIERW, ŻE SIĘ PRZEDSTAWIĘ: NOTKI "O MNIE" I "KONTAKT" – ZNAJDZIESZ W ARCHIWACH – STYCZEŃ 2013.

Uważaj, bo powinieneś – refleksja karolakowa

Dziś dowiedziałam się o śmierci mojego kolegi z dzieciństwa – kolegi z klasy szkoły podstawowej. Jestem za młoda na to, by dowiadywać się, że moi rówieśnicy nie żyją. Życie ścisnęło mi gardło, i zagroziło: – Uważaj, już czas. Zawsze jest czas na to, żeby uważać. Bo zawsze trzeba uważać. Na innych i na siebie. Każdy może zniknąć. W każdej chwili. Nie boisz się tego, Justyno? Bo powinnaś.

snow-winter-whiteness-snowing

Boję się, przyznaję. Boję się dopuścić do świadomości, jak niewiele potrzeba, żeby zniknąć.

Idziemy przez życie z głową w chmurach. Nie tylko my, marzyciele. Także wy, pragmatycy. Każdy z nas żyje fantazją – czymś, co realnie nie istnieje. Dlatego, że każdy z nas gromadzi przez całe życie coś, co de facto nie należy do niego. I tym właśnie jest życie: dziwaczną loterią, w której wygrywamy na chwilę nieistniejące fanty.

Zabieganie o to, aby ktoś nas pokochał. A potem wdzięczność za otrzymaną miłość i podskórna obawa, aby ta miłość nigdy się nie skończyła. Walka o wiedzę. Walka o byt materialny. Troska o pisklęta. O starzejącą się matkę. Planowanie. Święta z rodziną. Łapanie najmniejszych iskier w locie. Wakacje. Podróże, wycieczki. Huśtawka w parku i karuzela w wesołym miasteczku. Jakieś lata młodzieńcze – śmieszne, zbuntowane. Tanie wino wypite z kumplami nad rzeką albo w bramie. Jakieś całowanie. Jakiś pomysł, że będę dorosły, że pokażę, na co mnie stać. Jakaś nadzieja, wyrażona pochlebnym uściskiem dłoni, że nie jestem aż tak głupi – że coś umiem, że coś mi wyszło, że się opłaciło. I sądzimy, że z każdego z tych etapów wychodzimy wzbogaceni o coś. O doświadczenie. O wspomnienia. O radość z przeżytych pięknych chwil. O konstruktywne wnioski z przeżytych porażek. A to wszystko wcale nie jest nasze. Wcale tego nie zdobyliśmy. Nic z tego nigdy do nas nie należało. To są fanty, na chwilę wygrane w niewidzialnej loterii.

Kiedy opuszcza się kurtyna, zostajemy odcięci od „naszych” fantów. Wszystko, czym na co dzień żyjemy, rozpuszcza się jak cukier w herbacie. Nic nie zostaje. Może coś zostaje, ale my zostajemy od tego odklejeni. Urywa się jakaś niezrozumiała, abstrakcyjna nitka, która łączyła nas z innymi i z sobą samym, z własnymi myślami i uczuciami.

Zdjęcia z wakacji, ozdoby na choinkę kolekcjonowane latami, te śliczne głupie bombki, te historie, które za każdą śliczną głupią bombką się kryją, wszystko to przypomina ubrania zalegające w szafie, których już nigdy na siebie nie założymy, bo wyrośliśmy, a których wciąż nie chcemy, nie potrafimy, nie mamy serca się pozbyć.

Życie odbywa się na powierzchni naszej skóry. Najmocniej przywiązujemy się do tego, co nas głaszcze i dotyka. A przecież to, co czuje nasza skóra, jest najbardziej ulotne. Jakoś nie chcemy tego brać pod uwagę. Chcemy wierzyć, że najważniejsze szczęścia i nieszczęścia zasiewają się gdzieś głębiej, że trafiają do wnętrza naszego ustroju, że dusza je filtruje i przyswaja sobie jakieś składniki odżywcze, kalorie.

Niczego stąd nie zabieramy ze sobą. Może coś zabieramy, ale tego nie widać, bo nic nie wiadomo. Wszystkie „nasze” fanty są jak krucha zapałka. A my jesteśmy jak mały płomyk, który na chwilę ją zasilił.

match-light-burned

Dobrze pamiętam dziesięcioletniego Michała. Wszędobylski, dynamiczny, pomysłowy chłopiec. Nauczyciele go lubili, jednocześnie żałując, że nie uczy się lepiej – że nie gromadzi wyższych ocen. I my wszyscy, dzieciaki, bardzo go lubiliśmy. Miał poczucie humoru i był niesforny. Na szkolnych dyskotekach tańczył z najładniejszymi dziewczynkami. W szkolnych przedstawieniach był gwiazdą. Zimą – bo wtedy były zimy, takie z zaspami i wielkimi zamarzniętymi kałużami, po których się ślizgaliśmy jak szaleni – kiedy po lekcjach wracaliśmy razem do domów, kradł mi czapkę z głowy. Był to uroczy, nieuzgodniony w słowach pretekst do zabawy, do dzikiej gonitwy przez śniegi, zaczepny gest mający na celu zwrócenie na siebie uwagi…

Uważaj, już czas. Zawsze jest czas na to, żeby uważać. Bo zawsze trzeba uważać. Na innych i na siebie. Każdy może zniknąć. W każdej chwili. Nie boisz się tego, Justyno? Bo powinnaś…

Kilka miesięcy temu – przypadkiem spotkałam go po wielu latach. Wyszłam ze sklepu w zimowej puchowej kurtce, uzbrojona w czapkę i szalik po same zęby – w tym zimowym kamuflażu nikt nie powinien mnie rozpoznać, nawet rodzona matka. Zza moich pleców, ze znacznej odległości, dobiegło mnie czyjeś zawołanie; ktoś zakrzyknął trzy razy: – Justynka, Justynka, Justynka!

Zatrzymałam się jak wryta – ten głos zabrzmiał nadzwyczajnie radośnie. Na ogół chadzam przez życie zamyślona – znajomi zarzucają mi ciągle, że ich nie rozpoznaję na ulicy, że nie reaguję, kiedy mnie wołają. Tym razem było zupełnie inaczej. To trzykrotne zawołanie wyrwało mnie ze środka mojego umysłu i sprawiło, że zamarłam, jakby moje nogi skuł lód (a przecież już nie robią takich zim, jak dawniej, to znaczy prawdziwych zim).

winter-holiday-berry (1)

Nim zdążyłam obrócić się przez ramię, wyrósł przede mną trzydziestosześcioletni mężczyzna.

Od dziesięcioletniego Michała różnił się tylko wzrostem. Ale i tak z trudem go poznałam. Zdradził go dawny promienny uśmiech, podobna dynamika, sprężystość, ale i tak musiałam wyłuskać go z głębokiej pamięci – wcale nie unosił się na jej powierzchni.

– Czy nadal malujesz, rysujesz? – chciał wiedzieć. 

– Tak – odparłam. – I piszę. Zostałam pisarką.

Pokiwał głową i uśmiechnął się do mnie jeszcze jaśniej.

– Wcale mnie to nie dziwi – powiedział, jakby z poczuciem życzliwej dumy. – Wiedziałem, że zostaniesz kimś w tym rodzaju. To było ci pisane. Tak musiało być.

A dziś dowiedziałam się, że Michał nie żyje. I jednocześnie dowiedziałam się, że najsilniej boli mnie to, że najszybciej, najwięcej niespodziewanie znikają ci, którzy pamiętają mnie najpiękniej.

Wolałabym napisać coś budującego – coś takiego, żeby uczcić Michała. Coś takiego, żeby wyrazić jednoznacznie, że Michał był pięknym człowiekiem i że jego zniknięcie jest koszmarną stratą, i że przeogromnie współczuję wszystkim jego bliskim. Ale w zamian piszę tylko tyle, że opłakuję część mojego osobistego dzieciństwa. Tę część, której treść nadał Michał. Nigdy nie zapomnę wspólnych bitew na śnieżki, i tych zrywanych z głowy czapek. Ani tego, że po wielu latach – Michał wciąż mnie pamiętał, a do tego: jakże pięknie.

I mimo że napawa mnie strachem, że życie każdego z nas jest jak krucha zapałka, to wybieram się na cmentarz – odwiedzić Michała i zapalić mu znicz. Bo póki tu jestem, wewnętrzny płomyk – choćby najwątlejszy – musi mieć znaczenie większe, musi „przebić śmierć”.

Justyna Karolak

Refleksja z dnia 5 sierpnia 2017 r.

Komentuj