Justyna Karolak dziwi się światu. Tym napisem wita wszystkich tablica wjazdowa do miasta, jakim jest Karolakowo. A pod spodem, drobnym maczkiem, widnieje jeszcze dopisek: „Jaką cudowną rzeczą jest oko! Swoje uważam za prawdziwy miękki aparat fotograficzny, który robi zdjęcia nie świata zewnętrznego, lecz mojej najtwardszej myśli i myśli jako takiej”. Z pozdrowieniem dla Salvadora Dali, wita w swoim mieście, na osobistym blogu – Justyna Karolak. Zanim rozpoczniesz zwiedzanie, pozwól najpierw, że się przedstawię: notki "O mnie" i "Kontakt" znajdziesz w Archiwach – Styczeń 2013.
poniedziałek Listopad 20th 2017
Justyna Karolak dziwi się światu. Tym napisem wita wszystkich tablica wjazdowa do miasta, jakim jest Karolakowo. A pod spodem, drobnym maczkiem, widnieje jeszcze dopisek: "Jaką cudowną rzeczą jest oko! Swoje uważam za prawdziwy miękki aparat fotograficzny, który robi zdjęcia nie świata zewnętrznego, lecz mojej najtwardszej myśli i myśli jako takiej". Z pozdrowieniem od Salvadora Dalego, wita w swoim mieście, osobistym blogu Justyna Karolak. Zanim rozpoczniesz zwiedzanie, pozwól, że się przedstawię: notki "O mnie" i "Kontakt" znajdziesz w Archiwach - Styczeń 2013.

Pelotka i Flamazarnik – Prolog

potatoes-ketchup-murder-blood-111130

Był środek jesieni w niedzielę o czternastej dziesięć, kiedy Pelotka podparła się pod boki i spode łba łypnęła na swego męża, Flamazarnika.

– Ty to chyba głupi jesteś – zapytała bez znaku zapytania.

Flamazarnik zamarł z widelcem w ręku – właśnie obiad jedli – ale nie dał tego po sobie poznać, bo aż za dobrze wiedział, że Pelotka gardziła pantoflarzami. Udawał więc, że nic się nie stało i że wcale się nie boi, i że nadal je, nie jedząc i widelcem nie ruszając.

– Chyba tak – zgodził się na wszelki wypadek.

– No jedz ogórki. Tyle razy ci mówiłam, żebyś ogórki jadł. – Pelotka jak zwykle okazała się szybsza od męża. Nic nie mogło umknąć jej uwadze. – Bez śmietany zrobiłam, specjalnie żebyś nie był taki gruby.

– Jesteś wspaniała – stwierdził Flamazarnik zapobiegawczo, starając się z całych sił, by jego głos brzmiał normalnie, a nie jak podarty liść osiki na hulającym wietrze.

Pospiesznie zaczął nabijać na widelec plasterki surowego ogórka ze skórką. Prawdę powiedziawszy, brzydził się zielonym, ale kiedy ostatni raz ośmielił się wspomnieć o tym żonie, to było sześć lat temu. Pelotka zareagowała wtedy z właściwą sobie gracją, dzięki czemu Flamazarnik dowiedział się, że talerze, które mieli, były marki Schrödingera – Pelotka rzucała nimi tak szybko, że zdawały się być całe i potłuczone jednocześnie. Wolał więc nic już nie mówić, tylko wypchał sobie poliki tymi ogórkami i pomału przymierzał się do medytacji, licząc że ogórki rozpuszczą się pod wpływem siły woli i znikną. Pelotka jednak nie pozostawiła mu czasu do namysłu.

– Powiedziałam, że jesteś głupi – przypomniała, przyglądając się mężowi badawczo.

Nie mógł odpowiedzieć, bo ogórki zapchały go jak skarpetka rurę od odkurzacza w zeszły piątek, kiedy próbował zaskoczyć Pelotkę czymś miłym, dlatego wziął się za dodatkowe sprzątanie. Pelotka po powrocie z pracy zastała tumany siwego cuchnącego kurzu i oniemiałego męża pośrodku tej brudnej nicości, z z ssawką od odkurzacza w jednej ręce i dziurawym workiem na paprochy w drugiej. „Ty kretynie” – rzekła mu tamtego popołudnia. Na szczęście mieli już wtedy talerze z niepękającego tworzywa, a nie z porcelany… Tym razem Flamazarnik, przypomniawszy sobie te niedawne dzieje, po których mała rana nad łukiem brwiowym jeszcze nie zdążyła się zagoić, zmusił się do przełknięcia wszystkich ogórków na raz, bez gryzienia i przeżuwania. Na sekundę zrobił się kredowobiały z wysiłku, ale zaraz przyszedł do siebie.

– Tak, jestem głupi, kochanie, masz całkowitą rację, jak zawsze – zgodził się chętnie z małżonką.

– Kotleta to zawsze wessiesz, ale zielonego to nigdy, muszę cię pilnować jak trzylatka. No ale przynajmniej dzisiaj zjadłeś – odezwała się, jakby trochę udobruchana.

Flamazarnik poczuł się tak, jak gdyby zawisł pomiędzy prawdą a fikcją. Było to uczucie grube jak serdelek wyłożony na parapet w samo południe, gotowy w każdej chwili wybuchnąć od słońca. Krótko mówiąc, Flamazarnik nie wiedział, czy żona zaraz go zabije, czy pochwali.

– To może ja już zacznę zbierać talerze ze stołu i zmywać? – zaproponował cichutko.

– Jeszcze nie. – Pelotka przez chwilę przebierała palcami. W tym czasie symboliczny serdelek w głowie Flamazarnika niebezpiecznie puchł. – Na takich jak ty w zasadzie nie ma metody – rzekła po chwili. – Jak już się wam skutecznie wpoi wszystkie zasady i całą prawidłową moralność, od razu tracicie osobowość. I na wierzch wypływa czysta głupota. A oprócz głupoty, w środku nic nie zostaje. Masz ograniczoną pojemność, jak czajnik. Jak się czajnik do końca wodą napełni, to już nawet nie zagwiżdże jak należy. Para jakoś go zatyka, i koniec. Nowy czajnik jest ładny, ale pusty. Po kilku gotowaniach robi się osmolony i przestaje gwizdać. Myślę, że czajniki psują się tak prędko dlatego, że się do nich wody nalewa za dużo i po paru takich przeładowaniach czajnik już nic nie czuje…

Flamazarnik zupełnie nie nadążał za przekazem żony, ale ten przekaz przedziwnym sposobem wydał mu się bardzo bliski. Doznał wrażenia, że świat zakołysał się na ostrzu noża, który Pelotka trzymała w prawym ręku.

– Dlatego mówię ci, że głupi jesteś. I to nawet nie chyba, a na pewno – kontynuowała Pelotka. – Kobieta może dwoić się i troić, ale to na nic. Tyle lat cię uczę, co masz myśleć i jak się ubierać, a ty ciągle nic nie umiesz. Obawiam się, że jest w tym trochę mojej winy – przyznała się Pelotka wspaniałomyślnie – bo przeładowałam ci głowę i teraz jesteś jak nasz stary czajnik w kropki.

Flamazarnik pod wpływem słów żony pospiesznie zerknął na swoje ramiona i brzuch, żeby upewnić się, czy są na nich kropki, ale kropek nie było. Wtedy jakby do niego dotarło, że przecież jednak wcale nie był czajnikiem… Na chwilę o tym zapomniał.

– Muszę się za ciebie zabrać od innej strony – zastanowiła się na głos Pelotka. – We wtorek pójdziesz ze mną na spotkanie do Ligi Kobiet Impertynenckich, tam skonsultuję się z koleżankami i wspólnie wymyślimy, jak mam z tobą dalej postępować.

– Tak, kochanie. – Flamazarnik nieszczególnie rozumiał wywód żony, ale założył optymistycznie, że był to bardzo mądry wywód, mający głęboki sens oraz uzasadnienie.

Zauważył też, że nazwę ligi żona wymówiła ze szczególną starannością i dumą. Domyślał się intuicyjnie, że staranność i duma żony znajdą świeże bezpośrednie przełożenie na jego małe prostolinijne życie wewnętrzne.

– Nie może być tak, żebyś był taki, jaki jesteś. – Głos Pelotki z każdym zdaniem zdawał się brzmieć coraz bardziej ambitnie.

– Tak, kochanie.

– Ani żebyś myślał sobie, co dusza zapragnie.

– Tak, kochanie.

– Ani żebyś nie wykazywał entuzjazmu, kiedy podsuwam ci pod nos same kapitalne pomysły i zajęcia.

– Oczywiście, najmilsza.

– Zrobiłeś się rozmazany. Jakbyś siedział przede mną za taflą mlecznej szyby. Musisz się jakoś nauczyć wyostrzać.

– Będę się starał.

– No i jeszcze to monotonne potakiwanie…

– Nie.

– Jak to: nie?!

– Myślałem, że potakiwanie…

– Jak to: „myślałem”? Że co: potakiwanie?!

– Nie! Tak? Nie wiem…

Pelotka westchnęła ciężko. Flamazarnik instynktownie stulił głowę między ramionami. Pelotka przeszyła go lodowatym spojrzeniem.

– Idź zacznij zmywać.

– Tak, kochanie.

W czasie gdy Flamazarnik sprząta ze stołu, narrator zyskuje sposobność, by wyjaśnić Czytelnikowi, że chociaż w tę niedzielę to Pelotka zrobiła obiad i pokroiła ogórka, we wszystkie inne dni tygodnia gotował Flamazarnik. Pelotka przyrządzała posiłki wyłącznie od święta, dla osobistego kaprysu, a na co dzień rozwijała się zawodowo, podczas gdy mąż zajmował się domem. W poniedziałki wieczorem chodziła na siłownię, w czwartkowe wieczory na basen, środy i piątki wieczór spędzała z mężem, usiłując nauczyć go niemyślenia przy jednoczesnym wykreowaniu w nim jakiegoś własnego charakteru, zaś w soboty zazwyczaj jechali do mamusi Pelotki na ciasto i karciankę. We wtorkowe wieczory, gdy Pelotka szła na spotkanie do Ligi Kobiet Impertynenckich, Flamazarnik miał wolne i mógł zajmować się sobą, pod warunkiem, że dobrowolnie wybierał zajęcia niepodsycające ego i wzmacniające empatię. Tak więc najczęściej do dwudziestej drugiej grywał na komputerze w kółko i krzyżyk. Niedziele stanowiły odrębne historie…

Kiedy Flamazarnik kończył zmywanie naczyń po obiedzie, Pelotka już oczekiwała go na progu kuchni.

– Masz tu rajtuzy, ciepłe majtki i czapkę z nausznikami. Ubierz się raz-raz, dostaniesz listę zakupów i pójdziesz do sklepu.

– Ale jest niedziela, kochanie. Nowe prawo zakazało handlu w niedzielę.

– Nie bądź taki cwany! – zreflektowała go Pelotka. – W takim razie popastuj może buty. A zwłaszcza szpilki. Jutro mam prezentację dla klienta zagranicznego. Chcę ładnie wyglądać…

Ciąg dalszy nastąpi.

Justyna Karolak

Przeczytaj następny odcinek:

Rozdział I 
http://karolakowo.blog.pl/2017/10/23/pelotka-i-flamazarnik-rozdzial-i/

Komentarze czytelników

4 komentarzy do “Pelotka i Flamazarnik – Prolog”

  1. ~paulina pisze:

    Przewrotna ta opowieść :) Nieźle się czytało :)

  2. ~Anna Stranc pisze:

    I role się u Ciebie odwróciły. Zamiast babki harującej dla męża mąż dla żony.
    Bardzo dobrze się czyta.

Komentuj