Justyna Karolak dziwi się światu. Tym napisem wita wszystkich tablica wjazdowa do miasta, jakim jest Karolakowo. A pod spodem, drobnym maczkiem, widnieje jeszcze dopisek: „Jaką cudowną rzeczą jest oko! Swoje uważam za prawdziwy miękki aparat fotograficzny, który robi zdjęcia nie świata zewnętrznego, lecz mojej najtwardszej myśli i myśli jako takiej”. Z pozdrowieniem dla Salvadora Dali, wita w swoim mieście, na osobistym blogu – Justyna Karolak. Zanim rozpoczniesz zwiedzanie, pozwól najpierw, że się przedstawię: notki "O mnie" i "Kontakt" znajdziesz w Archiwach – Styczeń 2013.
poniedziałek Listopad 20th 2017
Justyna Karolak dziwi się światu. Tym napisem wita wszystkich tablica wjazdowa do miasta, jakim jest Karolakowo. A pod spodem, drobnym maczkiem, widnieje jeszcze dopisek: "Jaką cudowną rzeczą jest oko! Swoje uważam za prawdziwy miękki aparat fotograficzny, który robi zdjęcia nie świata zewnętrznego, lecz mojej najtwardszej myśli i myśli jako takiej". Z pozdrowieniem od Salvadora Dalego, wita w swoim mieście, osobistym blogu Justyna Karolak. Zanim rozpoczniesz zwiedzanie, pozwól, że się przedstawię: notki "O mnie" i "Kontakt" znajdziesz w Archiwach - Styczeń 2013.

Pelotka i Flamazarnik – Rozdział I

Rozdział I.

Ten, w którym Flamazarnik zauważa swój ogon oraz tęskni do kanapek z szyneczką.

potatoes-french-mourning-funny-162971

Wtorkowe spotkania w Lidze Kobiet Impertynenckich rozpoczynały się o dziewiętnastej. Kiedy państwo Pelotkowicze dotarli na miejsce, było już praktycznie ciemno, ale i tak dało się zauważyć liczne kolorowe esy i floresy, którymi przozdobiono mury tego przybytku. Na widok floresów Flamazarnik poczuł się, jakby wpadł do słoika z kleksami atramentu.

– Pomalowałyśmy tak siedzibę ligi, żeby uczcić dziesiąty jubileusz jej istnienia – obwieściła Pelotka z satysfakcją. – Barwy różowe i zielone odzwierciedlają nasze umiłowanie piękna i przyrody, błękity i żółcienie reprezentują pozytywne myślenie, a czerwienie oraz brązy symbolizują umiejętność dążenia do celu.

Flamazarnik zadarł głowę, by obejrzeć budynek z góry na dół. Coś mówiło mu w środku, że lepiej, żeby zapamiętał niektóre kolory. Pewnie ich znajomość mogła przełożyć się na jego dalsze losy, tam, wewnątrz budynku. A przynajmniej nie mógł tego wykluczyć.

Członkinie Ligi Kobiet Impertynenckich zbierały się w radośnie oświetlonej sali na pierwszym piętrze. Pod oknem stał szwedzki stół pełen różnych smakołyków, na widok których Flamazarnik przestał myśleć o tamtych kolorach.

– Przestań ślinić się jak cymbał – syknęła mu Pelotka w sam środek ucha, prowadząc go pod ramię wgłąb sali. – Wstyd się z tobą gdziekolwiek pokazywać, zachowujesz się jak wielkie przegłodzone prosię, choć wyglądasz jak prosię przekarmione.

– Oczywiście, skarbie, masz całkowitą rację – Flamazarnik zgodził się z żoną ostrożnie.

Wkrótce wypadki miały potoczyć się nieznośnie szybko. Już nie było czasu na uczenie męża osobistej kultury. Pelotka westchnęła z konsternacją i ustawiła Flamazarnika pod ścianą – tą pustą, nie tą ze stołem.

– Stój tu, trąbo – rzekła mu, ponownie na ucho.

Następnie podeszła do członkiń ligi, które w liczbie dwudziestu dziewięciu – nie licząc Pelotki – stały zbitym kręgiem pośrodku sali. Po chwili wszystkie kobiety zasiadły na wygodnych krzesłach, które ustawiły w rzędzie przed ścianą. Nie tą ze stołem, tą z Flamazarnikiem.

– Jaki masz z nim problem, kochana? – spytała pani Piłkowa.

– Od pewnego czasu rozwadnia się z dnia na dzień – odpowiedziała Pelotka. – Z początku przyjmował różne wytyczne z należytą chłonnością, ale potem jakby zabrakło mu entuzjazmu. Mam wrażenie, że sprzątanie i chodzenie na zakupy już nie sprawia mu przyjemności. Traci wewnętrzną ostrość. Obawiam się, że jak tak dalej pójdzie, całkiem się rozmaże i zniknie.

– To możliwe – stwierdziła pani Piłkowa. – Dobrze zrobiłaś, przyprowadzając go do nas w samą porę.

– Jakie on daje objawy? – spytała pani Siatka. – I jak się wabi? Wołasz na niego jakoś?

– Dwa lata temu zmieniłam mu imię na Flamazarnik – odpowiedziała Pelotka.

– I reaguje?

– Owszem. Prawdę mówiąc, myślę nawet, że już nie pamięta, że kiedyś miał inaczej na imię.

– W takim razie nie powinien przejawiać żadnych kłopotów z wykonywaniem obowiązków w pełnym zaangażowaniu – skonstatowała pani Dynamo. – To dziwne, że nagle przestał się angażować.

– Jak długo jesteście małżeństwem? – podsunęła pani Rolka.

– Osiem lat.

– I mówisz, kochana, że kiedy zmieniłaś mu imię?

– Dwa lata temu.

– Hmm. Może za wcześnie – zastanowiła się pani Boksińska. – Co sądzicie?

– Mój Nieprzytomnik otrzymał nowe imię po siedmiu latach związku – powiedziała pani Żużlowa.

– A mój Uwijak po dziewięciu.

– Mój Niewyczerpalnik po ośmiu.

– A mój Zdumiak już po trzech latach od pierwszej randki i nigdy nie dał niepokojących objawów – pani Piłkowa odezwała się dumnie.

– Już po trzech latach? Hazardzistka z ciebie – pani Boksińska zachichotała złośliwie.

– Jestem bardzo dobrym psychologiem – pani Piłkowa odcięła się inteligentnie. – Zrobiłam magisterium z tabuizacji męskich potrzeb psychicznych oraz doktorat z implementacji nowej tożsamości.

Przez salę przebiegł szmer uznania dla tak wybitnych osiągnięć naukowych. Flamazarnik zagwizdał z podziwem – było to nieśmiałe pojedyncze fiu-fiu, ale uwadze pań nic nie mogło umknąć.

– Co to było?

– Słyszałyście?

– Czy on się odezwał?

– Chyba tak…

– Niepytany?!

– Najwyraźniej…

Panie zmierzyły Pelotkę chłodnym wzrokiem. Pelotka oblała się parzącym rumieńcem, że mąż tak ośmieszył ją przed koleżankami. Flamazarnik zrozumiał tyle, że popełnił poważny błąd, który po powrocie do domu będzie kosztował go spożycie kolacji na stojąco przy jednoczesnym wymienianiu żarówki w przedpokoju.

– Powiedz mu, żeby się zbliżył – zażądała pani Piłkowa.

– Chodź tu! – Pelotka zwróciła się do małżonka z uprzejmą prośbą.

Flamazarnik głośno przełknął ślinę i przekopytkował się drobniusimi strachliwymi kroczkami tuż przed rząd krzeseł z paniami.

– Porusza się jakby zrobił kupę – spostrzegła pani Rolka. – Powiedz mu, żeby obrócił się wkoło własnej osi.

– Obracaj się! Raz-raz! – kulturalnie poprosiła Pelotka.

Flamazarnik posłusznie przystąpił do intensywnego obracania się, ale zakręciło mu się w głowie i zaczął falować jak zmięta papierowa serwetka rzucona na jesienny wiatr.

– Stój, idioto! – zawołała Pelotka. – Mówiłam, że raz. A nie żebyś kręcił się w kółko jak jakiś bąk.

Wszystkie panie ponownie zmierzyły Pelotkę chłodnym wzrokiem.

– To, jakimi słowami szkolisz go w zaciszu domowym, kochana, to twoja prywatna sprawa. Ale na zewnątrz nie możesz zdradzać się ze swoimi metodami. To nie przystoi tak światowym kobietom jak my – zwróciła Pelotce uwagę pani Piłkowa.

Pelotka spiekła raka po raz drugi. Flamazarnik pojął intuicyjnie, że zakłopotanie żony jest na pewno jego winą, w związku z czym po powrocie do domu nie zje żadnej kolacji oraz wkręci żarówkę na golasa, stojąc na najwyższym stołku, jaki mieli, aby Pelotka mogła swobodnie naigrywać się z jego ptaszka.

– Powiedz mu, żeby stanął tyłem – zaproponowała pani Klacińska.

– Stawaj tyłem! Mig-mig!

Flamazarnik stanął tyłem.

– Istotnie wygląda, jakby zrobił kupę.

– Zrobiłeś kupę?!

– Ja tylko…

– Milcz! To było pytanie retoryczne.

– To chyba nie kupa – zorientowała się pani Klacińska. – Zdaje mi się, że za dużo siedzi w domu.

– Kochana, czy zabierasz go ze sobą na siłownię? – poważnie zapytała pani Piłkowa.

– Wstydzi się – odpowiedziała Pelotka wymijająco. – Od czasu do czasu idzie ze mną na basen. Kupiłam mu na ostatnie urodziny bardzo ładne kąpielówki w żółto-brązowe paski oraz fikuśny czepek, fioletowy w pomarańczowe kaczuszki. Bardzo się ucieszył z tych prezentów, chociaż odkąd je dostał, faktycznie rzadziej uczęszcza na basen – dodała zgodnie z prawdą.

– Nie wydaje mi się, aby problem leżał w nadwadze – zauważyła pani Ukleja. – Oczywiście do pożądanej postury bardzo dużo mu brakuje, ale to naturalny skutek uboczny opiekowania się domem – przypomniała. – Nie uważam również, że należy go specjalnie przymuszać do siłowni czy pływania. Wystarczy, żeby częściej grabił liście jesienią, zimą niech dwa razy dłużej odśnieża podjazd, wiosną niech dwukrotnie częściej kosi trawnik, a jak nie będzie co kosić, niech sadzi kwiatki i piele chwasty. To powinno zadowalająco zredukować nadmiar tłuszczu z brzucha i pupy. Tymczasem ja tu widzę całkiem inne niebezpieczeństwo.

Oczy wszystkich pań obsiadły panią Ukleję jak wrony obsiadłyby druty wysokiego napięcia. Pani Ukleja wytrzymała natężenie dwudziestu dziewięciu niecierpliwych spojrzeń ze stoicyzmem prawdziwej damy.

– Zobaczcie – powiedziała z przekonaniem. – Jego ogon wisi w dół jak u smutnego bezpańskiego psa.

Panie przyjrzały się ogonowi, który z tylnej części Flamazarnika wystawał przez otwór wycięty w pluszowych spodniach. Rzeczywiście – ogon sprawiał wrażenie nagiego, bezbronnego i smętnego.

– No to mamy diagnozę – ucieszyła się pani Piłkowa. – Poślij go, kochana, do stołu. Musimy się naradzić.

– Tam na stole masz termos w kratkę z gorzką herbatą i sernik z tofu w polewie pokrzywowej. Cukiernicy, szarlotki i maślanych ciasteczek nie dotykaj. Czekoladowe cukierki z nadzieniem marcepanowym też omiń szerokim łukiem. Jakbyś po serniku z tofu jeszcze był głodny, zjedz kilka listków surowego szpinaku – zakomenderowała Pelotka.

Flamazarnik ukłonił się z wdzięcznością, po czym potuptał do stołu, szczęśliwy, że oględziny się skończyły. Niechętnie zerknął na surowe zielone przekąski, sernik z tofu znał aż za dobrze z sobotnich wizyt u mamusi Pelotki, tak więc tylko westchnął z uczuciem wielkiej przegranej i pospiesznie nalał sobie gorzkiej herbaty, aby przypadkiem nie zwrócić na siebie baczenia pań, gdyby miał stać tak przy tym stole w bezruchu, szukając w myślach nieistniejącego ratunku i tęskniąc do kanapek z szyneczką z chrzanikiem żurawinowym… Ukradkiem otarł ślinkę z kącika głodnych ust i przystąpił do picia ohydnej herbaty. Na wszelki wypadek łypnął przez ramię na swój ogon. Faktycznie – ogon dyndał tak żałośnie, że Flamazarnik prawie wcale go nie czuł. Naraz naszła go afektywna refleksja: kiedy ostatni raz rozmyślał o swoim ogonie, poświęcał mu uwagę?… Nie potrafił sobie przypomnieć.

– Kochana, zwisający ogon to poważna sprawa – rzekła pani Piłkowa.

– Wiem – odparła Pelotka ze skruchą. – Ale nie zorientowałam się, że on…

– Nie wyrzucaj sobie błędu – rzekła pani Piłkowa krzepiąco. – Włożyłaś w niego mnóstwo pracy. Niestety wystąpiły skutki uboczne, to nie twoja wina.

– W ubiegłym roku na Gwiazdkę mój Ewidentnik nagle osiwiał – dodała pani Ukleja, równie krzepiąco. – Po świętach poszliśmy do fryzjera, ufarbowaliśmy mu włosy, i po kłopocie.

– Jednak ogon…

– Tak, ogon to gruba rzecz. Ale nie przejmuj się na zapas, moja droga. – Uśmiechnęła się pani Piłkowa. – Powiedz otwarcie: czy wydzielasz mu jeden dzień w tygodniu tylko dla siebie?

– Oczywiście! – Pelotka aż zamachała rękami. – Nigdy nie dopuściłabym się naruszenia podstawowych praw mężowskich!

– Oczywiście… – Pani Piłkowa na chwilę zawiesiła głos, jakby szukała w umyśle nieistniejących wspomnień. – Moim zdaniem za słabo stymulujesz go intelektualnie – stwierdziła po chwili. – Co on robi, jak dajesz mu wolne?

– Gra w kółko i krzyżyk.

– Ano właśnie. – Pani Piłkowa pokiwała głową w znaczący sposób. – Musisz podsunąć mu jakieś intelektualne wyzwania. I to jak najszybciej, od razu. Ale nie nazbyt wygórowane, bo wtedy może zacząć się kiwać, jakby miał chorobę sierocą…

– Przerobiłam to z moim Pożaleńcem trzy lata temu – wtrąciła pani Rakieta. – W efekcie musiał dość długo chodzić do terapeuty i dwukrotnie był hospitalizowany. Psychiatra stwierdził, że mąż cofnął mi się w rozwoju umysłowym o dekadę.

– Ano właśnie – powtórzyła pani Piłkowa. – Trzeba działać krok po kroku, a nie gwałtownie. Podsuń mu pod nos jakąś łamigłówkę. Najlepiej matematyczną. Ale nie za trudną. Niech gimnastykuje swój mózg stopniowo.

Pelotka była koleżankom niewymownie wdzięczna za tak bystre rady. Tyle wsparcia i mądrości otrzymywała tylko tutaj, w lidze. Nawet sama mamusia nie byłaby w stanie obdzielić Pelotki takim wykwintnym zrozumieniem.

Kiedy państwo Pelotkowicze przestąpili próg domu, Flamazarnik wyprostował się na baczność, jakby doznał raptownego olśnienia. W rzeczywistości była to naturalna reakcja na nieustępliwą kolej rzeczy.

– Kolacja stoi na drugiej półce w lodówce. Kanapki z szyneczką i chrzanikiem żurawinowym. Zaś ja pójdę po stołek, rozbiorę się do naga i zacznę wymieniać tę żarówkę w przedpokoju – powiedział.

Ale Pelotka położyła mu rękę na ramieniu i uśmiechnęła się neutralnie.

– Żarówka niech zaczeka do jutra. Przebież się w pidżamę, weź sobie kanapkę i usiądź przy komputerze. Coś ci pokażę.

Flamazarnik nie mógł uwierzyć własnym uszom, ale oczywiście przystąpił do działań ściśle według słów żony.

W czasie gdy Flamazarnik przebiera się w pidżamę, a Pelotka w koszulę nocną, narrator zyskuje sposobność, by sprawozdać Czytelnikowi, że poniedziałkowa prezentacja dla klienta zagranicznego poszła Pelotce bardzo dobrze, między innymi dzięki prawidłowemu wypastowaniu szpilek przez Flamazarnika, wobec czego Flamazarnik otrzymał od żony w nagrodę jeden twardy kandyzowany daktyl…

Tego wieczora Pelotka malowała paznokcie lakierem turkusowym oraz czytała W poszukiwaniu straconego czasu Prousta, a Flamazarnik głowił się nad sudoku obrazkowym. Jednak jego ogon uparcie się nie podnosił, a umysł pulsował nad świeżym wspomnieniem szyneczki i chrzaniku żurawinowego…

Ciąg dalszy nastąpi.

Justyna Karolak

Przeczytaj poprzedni odcinek: 
http://karolakowo.blog.pl/2017/10/21/pelotka-i-flamazarnik-prolog/
 

Przeczytaj następny odcinek:

Rozdział II 
http://karolakowo.blog.pl/2017/10/26/pelotka-i-flamazarnik-rozdzial-ii/

Komentarze czytelników

2 komentarzy do “Pelotka i Flamazarnik – Rozdział I”

  1. ~Anna Stranc pisze:

    Szkoda mi Flamazarnika. Ta jego żona to straszna jędza.
    Poza tym Twoja opowieść jest dla mnie świetną zabawą.

    • Mój mąż też mówi, że okropna jędza z tej Pelotki. Ja myślę sobie, że jedno i drugie z państwa Pelotkowiczów swoje za uszkami ma ;) . No i zobaczymy, co wydarzy się dalej – nie litujmy się nad Flamazarnikiem, w końcu to mężczyzna (chyba – jeszcze…), na pewno sobie z własną żoną poradzi ;) .

Komentuj