Justyna Karolak dziwi się światu. Tym napisem wita wszystkich tablica wjazdowa do miasta, jakim jest Karolakowo. A pod spodem, drobnym maczkiem, widnieje jeszcze dopisek: „Jaką cudowną rzeczą jest oko! Swoje uważam za prawdziwy miękki aparat fotograficzny, który robi zdjęcia nie świata zewnętrznego, lecz mojej najtwardszej myśli i myśli jako takiej”. Z pozdrowieniem dla Salvadora Dali, wita w swoim mieście, na osobistym blogu – Justyna Karolak. Zanim rozpoczniesz zwiedzanie, pozwól najpierw, że się przedstawię: notki "O mnie" i "Kontakt" znajdziesz w Archiwach – Styczeń 2013.
poniedziałek Listopad 20th 2017
Justyna Karolak dziwi się światu. Tym napisem wita wszystkich tablica wjazdowa do miasta, jakim jest Karolakowo. A pod spodem, drobnym maczkiem, widnieje jeszcze dopisek: "Jaką cudowną rzeczą jest oko! Swoje uważam za prawdziwy miękki aparat fotograficzny, który robi zdjęcia nie świata zewnętrznego, lecz mojej najtwardszej myśli i myśli jako takiej". Z pozdrowieniem od Salvadora Dalego, wita w swoim mieście, osobistym blogu Justyna Karolak. Zanim rozpoczniesz zwiedzanie, pozwól, że się przedstawię: notki "O mnie" i "Kontakt" znajdziesz w Archiwach - Styczeń 2013.

Niesamowita historia Adrianny – minireportaż karolakowy

Mama Adrianny zmarła w dwie godziny po porodzie na skutek krwotoku. Osierociła nie tylko Adriannę, ale też starszą o 10 lat córkę Dorotę. Tata dziewczynek, z bólu po śmierci ich mamy, popadł w alkoholizm – Adriannę wychowała babcia i dziadek, rodzice ojca.

aaa

Jako mała dziewczynka Adrianna silnie przeżyła śmierć dziadziusia.

Jako nastolatka Adrianna silnie przeżyła śmierć szwagra – młody, niespełna trzydziestoletni mężczyzna zmarł dość gwałtownie, w męczarniach, na guza mózgu, który długo rósł bezobjawowo. Mężczyzna ten z powodu nieoperowalnego guza opuścił siostrę Adrianny, a swoją żonę, będącą na skraju załamania nerwowego z powodu utraty ukochanego, i paroletnią ich córeczkę. Sama Adrianna również nie była w najlepszym stanie. Nie tylko, że osobiście uwielbiała szwagra i uznawała go za ideał mężczyzny (dziadek był dobrym człowiekiem, ale umarł dawno i słabo go pamiętała, ojca zaś prawie nie znała, a te rzadkie odświętne chwile, w jakich go widywała, okupione były cierpieniem: ojciec za każdym razem był pijany, awanturował się i obwiniał Adriannę za to, że jego żona, a jej matka zmarła), to jeszcze przeżywała cierpienie starszej siostry. To właśnie wtedy, na pogrzebie szwagra, kiedy siostra zawodziła tak, jakby łamano ją kołem, mająca czternaście lat Adrianna poprzysięgła: „Nigdy się nie zakocham. Nigdy nie będę kochać. Nigdy nie będę miała dzieci. Ten świat nie ma sensu. Wszystko za bardzo boli. To nie do zniesienia”.

Nie dotrzymała swoich postanowień szybciej, niż nawet ona sama mogłaby przypuszczać…

W dwa lata po śmierci męża – siostra Adrianny miała nowego męża. To podkopało jakikolwiek, i tak już prawie nieistniejący, czysty dziewczęcy idealizm Adrianny. „Prawdziwa miłość nie istnieje – powiedziała z goryczą na wieść o tym, że siostra ponownie wychodzi za mąż. Była to gorycz starej kobiety znającej wojnę, jakże niepasująca do młodej dziewczyny. – Nienawidzę mojej siostry za to, że wyrzekła się swojej miłości. Już nigdy się z nią nie spotkam”.

Przez lata siostry nie odzywały się do siebie, parę razy próbowały nawiązać kontakt – głównie z inicjatywy Doroty, z rzadka z inicjatywy Adrianny – ale istotnie już ani razu nie poczuły się sobie bliskie i ich relacje niemal zupełnie się zatarły.

Kiedy Adrianna miała 16 lat, często uciekała od babci przez okno w swojej sypialni, aby nocować u przyjaciółki i rozmawiać z nią nieomal do rana – w swoim domu nie mogła, nie umiała zmrużyć oka.

Kiedy miała 17 lat, zaczęła popalać papierosy i umawiać się z chłopakami. Trzeba wam wiedzieć, że była wybitnie piękną dziewczyną: bardzo wysoką i naturalnie smukłą, o długich za pas włosach, zielonych oczach i najcudniejszym uśmiechu, jaki widział świat. Miała usta stworzone do śmiania i całowania. Nie było chłopca i mężczyzny, który by się za nią nie obejrzał, który nie pomyślałby: „O rany, Boże, naprawdę dobra robota!”. Mierzyła 182 cm wzrostu i była idealnie szczupła, drobna, ale nie chuda. Ani trochę nie przypominała owych anorektycznych modelek – ona miała drobne kości i idealnie wyważone proporcje; jadała babcine obiady, prażuchy, kluski, kotlety, śmietany i inne omasty… Sama też uwielbiała gotować – i jeść.

Nic dziwnego, że na śmierć i życie zakochał się w niej Damian. Był od Adrianny o 9 lat starszy, ale w jej obecności zachowywał się jak uroczy, nic niewiedzący młokos – takie były początki ich znajomości. I rzeczywiście – jego nieśmiałość względem Adrianny nie do końca była na wyrost, bowiem ona już wtedy mogła poszczycić się takim doświadczeniem w relacjach damsko-męskich, które swoją skalą miało prawo onieśmielać.

Początkowo przysięgała nigdy nie zbliżyć się do żadnego mężczyzny. I wydaje się, że może w pewnym sensie pozostała temu wierna. Jednak od młodzieńczych lat balansowała pomiędzy swoją niezgodą na życie, na zbliżanie się do drugiego człowieka, a duchowym i zarazem organicznym pragnieniem zbliżenia się do drugiego człowieka za wszelką cenę. Ten nieustający balans w życiu Adrianny przynosił jej o tyleż gniewu i nieuspokojenia, co łatwowierności i przyjmowania czegokolwiek… Tak było, dopóki nie spotkała Damiana.

Kiedy miała 19 lat, wyszła za Damiana, i urodziła troje dzieci. Z początku zdawało się, że zmory dzieciństwa i pokwitania przepadły na dobre – Damian był oddanym żonie, dzieciom, domowi mężczyzną. Kochał ją miłością niezwykle lojalną, właściwie bezkrytyczną. Ale ona po siedmiu latach – znudziła się nim.

Zwyczajnie, po prostu i bez ostrzeżenia – znudziła się. Miała romans. Damian odkrył ten romans. Ale nawet w tej bezwzględnej chwili upokorzenia nie przestał jej kochać. Walczył o nią. Zabiegał, prosił, groził, namawiał i błagał – żeby zakończyła romans i została z nim oraz z dziećmi. Jednak Adrianna była już wtedy w zupełnie innym miejscu – życia i duszy…

Powiedziała, że kocha swojego kochanka i że to on jest miłością jej życia. Rozwiodła się z mężem. Związała się z kochankiem. Urodziła troje kolejnych dzieci…

Biorąc pod uwagę jakże trudny start życia Adrianny, można by prognozować, że tym razem – wreszcie, w końcu życie powinno jej się w pełni udać. Życie powinno ją zachwycić, ukoić, może nawet rozpieścić… Nic podobnego się nie wydarzyło.

Adrianna zmarła w wieku 35 lat, osierocając sześcioro dzieci. Najprawdopodobniej umarła na nowotwór w jamie brzusznej.

Pozostawiła po sobie – ze swojej osobistej, wewnętrznej, zamkniętej prawdy – tylko smugę cienia. Nic z jej osobistej historii w świecie się nie utrwaliło, nie zachowało. Nikt nie pamięta tej młodej, hardej – dzielnej, ponadprzeciętnie wrażliwej i idealistycznej dziewczyny.

a

Jako młoda dziewczyna ładnie rysowała – choć nie krył się za nią wytrawny talent plastyczny – rzeźbiła też w masie solnej. Najlepiej radziła sobie z matematyką. Miała kompleksy, ale otwarcie i wzruszająco łaknęła uwagi, bliskości drugiego człowieka. Z babcią mieszkała przez całe życie. Opiekowała się nią do śmierci. Karmiła, myła i tuliła. Będąc dwudziestolatką samodzielnie wyremontowała kuchnię, choć nikt jej tego nie uczył i nie pomagał – położyła płytki, pomalowała i wytapetowała ściany, podpięła bojler, pralkę, zadbała o różne urządzenia… Tego, kogo uznała za przyjaciela – było to w jej wypadku sytuacją więcej niż rzadką – obdzieliłaby własną skórą. Zawsze pamiętała o tych, którzy o niej zapomnieli – którzy się jej wyrzekli. I nigdy nie próbowała rozliczać ich z ich wyborów, decyzji, nawet jeśli dla niej osobiście były one krzywdzące.

Justyna Karolak

Minireportaż z dnia 25 października 2017 r.

Zdjęcia – Julia Roberts z filmu pt. Za wcześnie umierać (1991).

Komentuj