Justyna Karolak dziwi się światu. Tym napisem wita wszystkich tablica wjazdowa do miasta, jakim jest Karolakowo. A pod spodem, drobnym maczkiem, widnieje jeszcze dopisek: „Jaką cudowną rzeczą jest oko! Swoje uważam za prawdziwy miękki aparat fotograficzny, który robi zdjęcia nie świata zewnętrznego, lecz mojej najtwardszej myśli i myśli jako takiej”. Z pozdrowieniem dla Salvadora Dali, wita w swoim mieście, na osobistym blogu – Justyna Karolak. Zanim rozpoczniesz zwiedzanie, pozwól najpierw, że się przedstawię: notki "O mnie" i "Kontakt" znajdziesz w Archiwach – Styczeń 2013.
poniedziałek Listopad 20th 2017
Justyna Karolak dziwi się światu. Tym napisem wita wszystkich tablica wjazdowa do miasta, jakim jest Karolakowo. A pod spodem, drobnym maczkiem, widnieje jeszcze dopisek: "Jaką cudowną rzeczą jest oko! Swoje uważam za prawdziwy miękki aparat fotograficzny, który robi zdjęcia nie świata zewnętrznego, lecz mojej najtwardszej myśli i myśli jako takiej". Z pozdrowieniem od Salvadora Dalego, wita w swoim mieście, osobistym blogu Justyna Karolak. Zanim rozpoczniesz zwiedzanie, pozwól, że się przedstawię: notki "O mnie" i "Kontakt" znajdziesz w Archiwach - Styczeń 2013.

Pelotka i Flamazarnik – Rozdział II

Rozdział II.

Ten, w którym Pelotka pragnie czułości, a tatuś Pelotki pokazuje Flamazarnikowi swój garaż.

potatoes-ketchup-murder-blood-111130

We środę Flamazarnik ugotował zupę porową, w czwartek selerową, a w piątek rosół bez rosołu, czyli wodę z pietruszki z dodatkiem złocistej kurkumy dla oszukania koloru. Były to ulubione dania obiadowe Pelotki – wegańskie i bardzo dobre na figurę. Dlatego gdy Pelotka wychodziła do pracy, Flamazarnik podjadał chyłkiem kanapki z pasztetową oraz parówki z majonezem, aby nie umrzeć z głodu do wspólnego obiadu. Flaki po pasztetowej oraz po parówkach zakopywał głęboko w ogródku za domem.

W środę Pelotka podziękowała mężowi za zupę porową, stwierdzając mgliście, że wyjątkowo posiliła się na mieście.

W czwartek udała się na basen, jak co czwartek, więc Flamazarnik zapomniał o tym, że w środę odmówiła obiadu. Przypomniał sobie tuż po powrocie żony z basenu, kiedy znów odmówiła, tym razem zupy selerowej. Zastrzygł uszami, ale to, co zatliło mu się w głowie, jeszcze nie było przemyśleniami.

W piątek wieczór zaczął pierzchliwie przypuszczać, że z żoną dzieje się coś dziwnego, ponieważ nie tylko nie rzuciła okiem na ukochany rosół bez rosołu, ale i zdawała się zupełnie nie zauważać męża. A przecież normalnie w piątkowe wieczory poświęcała mu wiele uwagi, zadawała mądre ćwiczenia pisemne z logiki życia w szczęśliwym związku partnerskim, podsuwała psychotesty sprawdzające postępy Flamazarnika w samodzielnym myśleniu oraz zadawała inteligentne i frapujące zapytania dotyczące mężowskich planów na przyszłość. Tego zaś wieczora – umilkła. Powiedziała Flamazarnikowi jedynie, by zajął się sam sobą i czym chce. To był ten moment, w którym Flamazarnik począł odczuwać coś w rodzaju niepokoju o żonę, co jednocześnie było niezwykle podobne do kiełkujących przemyśleń.

Przez chwilę żywił niepewność, czy to, co chce, w ostatecznym rozrachunku okaże się prawidłowym wyborem, więc strzygąc uszami, miotał się w myślach między dobrze mu znanym i neutralnym kółkiem i krzyżykiem a słabo znanym acz zalecanym przez żonę intrygującym sudoku obrazkowym. W końcu potajemnie rzucił monetą – tak dowiedział się, że chce kółko i krzyżyk. Pelotka zaś przymierzyła trzy różne koszule nocne z rzędu – jedną koronkową i kusą, drugą do kolan i w obłoki, a trzecią długą, lecz bardzo czerwoną. Następnie zrezygnowała z koszul i przywdziała wielką pidżamę w druzgocące z wyglądu czarne kwadraty, i w niej poszła spać, bez słowa. Flamazarnik ani trochę nie rozumiał, co to wszystko znaczy, nie miał jednak zamiaru pytać żony, jako że jego niedawna rana nad łukiem brwiowym dopiero co zdążyła się zagoić. A zatem cichusieńko wturlał się na łóżko, układając na samym brzeżku, zgasił światło i zasnął. I tak nastała sobota, a wraz z nią wizyta u mamusi Pelotki…

Mamusia Pelotki była urzekającą kobietą o obłych kształtach i zachwycającym usposobieniu. Dodatkowego piękna jej twarzy przydawały zacięte usta i oczy jak dwa ziarna pieprzu wtopione w masło, które błyszczały niczym płonące węgle, kiedy się odzywała.

– No nareszcie, sernik trzy razy zdążył wystygnąć. Ja nie wiem, jak wy sobie w życiu radę dajecie z tak nieudolnym poczuciem czasu – rzekła mamusia Pelotki na powitanie.

– Ja daję radę doskonale, w końcu skutecznie robię karierę. – Pelotka wyprostowała się z godnością. Wszak była dorosłą niezależną kobietą i nawet mamusia nie mogła zakłócić tego obiektywnego przeświadczenia. – To przez Flamazarnika. Znowu guzdrał się jak flak w oleju, a wiesz przecież, jak ubóstwia twój sernik.

Mamusia przeszyła Flamazarnika swym węglowym czujnym okiem.

– Święta prawda, kocham twój sernik, mamusiu, zwłaszcza ten z tofu – odezwał się Flamazarnik promiennie, pomagając zdjąć małżonce płaszcz. – Dziś też będzie z tofu?… – rzucił nieśmiało na próbę.

– Oczywiście, że z tofu, takim jak wy trzeba ograniczać kalorie, zięciuniu – odpowiedziała mamusia równie promiennie, szczypiąc Flamazarnika w policzek.

Policzek Flamazarnika pod palcami mamusi lekko zdrętwiał, ale po chwili krążenie wróciło.

– A gdzie tatuś? – spytała Pelotka, kiedy zasiadali przy ławie w dużym pokoju.

– Przykleja sobie plaster – odparła mamusia, sadowiąc się w olbrzymim fotelu. – Przed chwilą uczyłam go, jak ładnie i szybko kroić ciasto. Miał pewne opory przed opanowaniem tej prostej sztuki. Ale myślę, że już się nauczył.

– Córko, zięciu – nisko skłonił się tatuś Pelotki, który jakby ni stąd, ni zowąd pojawił się w drzwiach.

– Dzień dobry, tatusiu – chórem odparli Pelotka i Flamazarnik, zajmując miejsca na niewielkiej żółtej kanapie dla gości.

Kolor ten za każdym razem kojarzył się Flamazarnikowi, nie wiedzieć czemu, z obłędem i nieprzewidywalnością.

– A gdzie ciasto?! – Mamusia dynamicznie poruszyła się w fotelu.

Jej pierś zafalowała. Flamazarnik przytulił się bokiem do boku żony, aby falująca pierś mamusi nie opłynęła go przypadkiem jak tsunami. Tatuś struchlał.

– Już biegnę, kochanie! – zawołał tatuś dziarsko i zniknął w drzwiach do kuchni.

Był to chudy mężczyzna łysy jak kolano, o obliczu zdumionego dziecka, lecz zwinny jak pantera. Z wyglądu przypominał starego zniszczonego kota domowego, który tak wiele razy walczył o życie, że aż zapomniał, po co. Dziś na jego wysokim czole widniał świeżo nalepiony plaster. Nieduży. Rana musiała nie być zbyt głęboka. Wkrótce znowu stanął w drzwiach. Flamazarnik przekonał się nie po raz pierwszy, że tatuś miał rzadko spotykany dar znikania i pojawiania się dokładnie w tych chwilach, które wymagały umiejętnego zniknięcia lub pojawienia. Przypominało to nieco skraplanie się z jednego stanu skupienia w drugi. Nim Flamazarnik się obejrzał, na ławie stały porcje sernika z tofu i gorąca herbata, a tatuś już tasował karty, siedząc w drugim fotelu.

We wmuszaniu w siebie sernika z tofu Flamazarnik miał biegłą wprawę wypracowaną latami medytacji. Medytacje polegały na tym, że czując na języku podstępny smak tofu, Flamazarnik kurczył się wewnątrz swojej głowy i na chwilę zamykał w wyobrażonym pustym pudełku. Było tam dużo miejsca i piękne szare ściany bez okien, przez które nic nie przedostawało się do środka.

Następnie państwo Pelotkowicze oraz mamusia i tatuś Pelotki rozegrali w milczeniu trzy partie w karty. Milczenie od czasu do czasu przecinał radosny chichot zwyciężającej w makao mamusi. Po trzech turach tej rozrywki Pelotka westchnęła.

– Wiesz, mamusiu, prawdę mówiąc…

– Zabierz zięcia do kuchni i nalejcie sobie kompotu – mamusia Pelotki fachowo pozbyła się mężczyzn z pokoju. – Jak będziecie potrzebni, dowiecie się o tym w swoim czasie.

Panowie udali się do kuchni. Tatuś Pelotki ujął dzbanek z kompotem i spojrzał na zięcia wymownie.

– Znowu ten kompot z suszonych śliwek, który pachnie mięsnym bigosem? – upewnił się Flamazarnik.

Tatuś nie odpowiedział. Obaj wiedzieli aż za dobrze, że był to ten właśnie kompot. Sobotnia specjalność mamusi.

– Weź dwie szklanki z bufetu i chodź ze mną, byle na palcach – tatuś odezwał się zagadkowo. – Coś ci pokażę.

*

– Przymierzyłam aż trzy koszulki, a on nic – opowiadała Pelotka.

– Dziecko, gdybym czekała na to, aż tatuś się domyśli, o czym myślę, nie byłoby cię na świecie – spuentowała mamusia.

– I naprawdę nie ma na to rady? – nie dowierzała Pelotka.

– Zastanów się sama – poradziła mamusia. – Jesteś wysoko wykształconą światową kobietą, robisz karierę w międzynarodowej korporacji, szkolisz męża już od ośmiu lat, a on na pewno nadal podjada pasztetową i parówki, kiedy nie patrzysz – powiedziała mamusia z właściwym sobie przekonaniem.

– Na pewno podjada pasztetową i parówki, kiedy nie patrzę! – podchwyciła Pelotka. – Że też na to nie wpadłam!

**

Tatuś zaprowadził Flamazarnika do garażu. Postawił dzbanek z kompotem na podłodze. Odebrał szklanki z rąk zięcia i umieścił obok dzbanka. W garażu było zimno, ale tatuś zrobił minę, jakby miał na to sposób. Flamazarnik przyjrzał mu się ze wzmożoną ciekawością. Ten latami znikający i pojawiający się tatuś raptem się urealnił – jakby zgęstniał.

– Patrz – powiedział, wskazując ruchem brody wielką oponę od traktora leżącą w rogu garażu.

Flamazarnik spojrzał na oponę. Tatuś pochylił się nad oponą, a kiedy się wyprostował, dzierżył zakorkowaną butelkę z bursztynowym płynem. Ładnie leżała w dłoni i z jakiegoś powodu napawała otuchą. Z tylnej kieszeni pluszowych spodni tatuś dobył dwa kieliszki…

***

– I co ja mam zrobić, mamusiu? Mam przekopać mu ten ogródek wzdłuż i wszerz, a potem zakopać go w tym ogródku razem z tymi flakami?

– Powiedz, dziecko, czy prócz tej pasztetowej i tych parówek on ci się sprzeciwia?

– Wcale – zaoponowała Pelotka.

– A czy pierze?

– Oczywiście, że pierze.

– Pościel, zasłony, majtki i wszystko?

– Wie nawet jak nastawić delikatne pranie, specjalne do kobiecej bielizny. Kupuje też wkładki higieniczne i tampony.

– I umie się zająć sobą, kiedy czytasz ambitne dzieła literackie?

– Lubi kółko i krzyżyk.

– To zostaw mu tę pasztetową i te parówki. Musi mieć swoje tajemnice, inaczej całkiem ci się rozmaże i zniknie.

– Więc zdaniem mamusi tu wcale nie chodzi o zwiędnięty ogon?…

– Ogon nie jest w życiu najważniejszy – pouczyła Pelotkę mamusia.

– No nie wiem… – Pelotka wyraziła wątpliwość.

****

– A co będzie, jeśli one nas tutaj znajdą? – zapytał Flamazarnik, opróżniwszy trzeci kieliszek.

– Nie znajdą – odpowiedział tatuś, opróżniwszy trzeci kieliszek.

Siedzieli na oponie, wpatrując się w wiszącą półkę, na której stała tatusiowa skrzynka z narzędziami. Pokrywała ją gruba warstwa kurzu. Tatuś znowu napełnił kieliszki. Napili się w milczeniu.

– Co my właściwie pijemy? – zainteresował się Flamazarnik.

– Miodówkę – odrzekł tatuś bez żadnych emocji w głosie. – Sąsiad zza rogu pędzi miodówkę. Unikalnik spod piątki grilluje golonkę w sosie piwnym. Niepewnik spod siódemki robi doskonałą nalewkę na spirytusie. Przypadeł spod czwórki smaży kaszankę na smalczyku i cebulce…

– Ze skwareczkami?

– Z prawdziwymi skwareczkami. Czasem spotykamy się w garażu, raz u jednego, raz u drugiego. A czasem na tej nieprzejezdnej drodze pod lasem.

– Skąd wiesz, że one nas nie znajdą?

– Z latami nabiera się wyczucia, synu.

– Z latami?

– Mniej więcej po ćwierćwieczu. Potem z każdym tygodniem jest już tylko z górki.

– I tatuś się nic a nic nie boi, że mamusia znajdzie mu ten schowek i zabije?

– A ty synu się nie boisz, że Pelotka wykopie ci flaki po podrobach z ogródka, a potem cię razem z nimi tam zakopie?

– Ona może znaleźć te flaki?! – Flamazarnika zdjął gwałtowny lęk.

– One mogą wszystko, synu – wyjaśnił tatuś bez żadnych emocji w głosie.

Wypili jeszcze po kieliszku, po czym zakorkowali butelkę i ukryli w oponie.

– Kiedy ostatnio tatuś używał tych narzędzi? – zapytał Flamazarnik.

– W ubiegłym tygodniu, kiedy zapchał się kibel – odpowiedział tatuś. – Mamusia miała ciężką noc. Przed snem popiła mlekiem pierogi z kiszoną kapustą.

– To czemu ta skrzynka jest taka zakurzona?

– Bo atrybuty męskości kurzą się najszybciej. Ale to nie szkodzi. Póki jesteśmy im potrzebni, choćby tylko do udrożniania rur, póty kula ziemska dalej się kręci, synu.

– I tatusiowi to nie przeszkadza? Że tylko do udrożniania rur?

– Napij się kompotu, synu – poradził tatuś. – Zanim tam wrócimy, musimy opróżnić dzbanek. Inaczej mamusi będzie przykro, a ja już mam na sobie jeden plaster…

Westchnęli ciężko, równocześnie, i nalali sobie po szklance kompotu. Wychylili jak najszybciej, żeby smak nie zdążył rozlać się po podniebieniu.

– Po tej miodówce wcale nie czuć kompotu bigosem – ucieszył się Flamazarnik.

– Ano nie czuć – uśmiechnął się tatuś – i kula ziemska może kręcić się dalej.

*****

– Dziecko, a jak ty myślisz? Że gdzie są teraz ci dwaj kretyni, twój ojciec i mój zięć?

– No w kuchni przecież, na kompot poszli.

– W garażu siedzą. Zakradli się na wódkę, którą twój ojciec trzyma w starej oponie od traktora – wyjaśniła mamusia, uśmiechając się przebiegle.

– Na wódkę? – Pelotka aż rozdziawiła usta ze zdumienia. – I mamusi to nie przeszkadza?

– Mężczyzna musi mieć coś z życia. Jak przenikniesz jego wszystkie sekrety, od tego kula ziemska może przestać się kręcić.

– Więc mamy im na to pozwalać? Na garażowe spotkania i opychanie się podrobami?

– Ciągle nie rozumiesz, o co tutaj chodzi – mamusia pospieszyła córce z wyjaśnieniem. – Jak będziemy ich eksploatować wyłącznie do udrożniania rur, nie tylko na dobre zwiędną im ogony, ale i łby opustoszeją tak, że gołym uchem będzie słychać zimny przeciąg.

Pelotka wzięła sobie do serca te słowa mamusi. „A więc to jednak sprowadza się do ogona – pomyślała. – Wiedziałam!”. W tym samym czasie do pokoju zajrzały dwie męskie głowy.

– Cudowny kompociunio! – zawołał wesoło tatuś, machając pustym dzbankiem.

– Po prostu miodzio! – zawtórował Flamazarnik, machając pustymi szklankami.

Panie wymieniły porozumiewawcze spojrzenia.

– Mieliście siedzieć w tej kuchni, póki was nie zawołamy! – Pelotka zmarszczyła brwi.

– I z czego wy się obaj tak idiotycznie cieszycie?! – Mamusia przybrała ton oskarżycielski.

– Ziemia się kręci! – zakrzyknął szczęśliwy tatuś.

– Nasze żony nas potrzebują! – zawtórował mu równie szczęśliwy Flamazarnik.

Panie wymieniły porozumiewawcze spojrzenia po raz drugi. To był koniec wizyty. Państwo Pelotkowicze przywdziali płaszcze i ruszyli w drogę powrotną – piechotą, aby Flamazarnik mógł wytrzeźwieć na jesiennym wietrze.

W czasie gdy Pelotka i Flamazarnik idą do domu, nic nie mówiąc, ponieważ Pelotka bije się z myślami, a Flamazarnik trzeźwieje, narrator zyskuje sposobność, aby wytłumaczyć Czytelnikowi, że chociaż Pelotka na co dzień preferowała kuchnię wegańską, to od czasu do czasu lubiła spożyć kotlet, nogę kurczęcia lub inny mięsny frykas. Natomiast nie tolerowała podrobów, parówek oraz innych salcesonów czy smalców i na samą myśl, że pod jej nieobecność mąż żywi się pasztetową, zamiast pojadać liście sałaty i popijać sok z buraka, robiło jej się trochę słabo z gniewu…

Pelotka przez całą drogę biła się z myślami, lecz po przekroczeniu progu domu już wiedziała, czego oczekuje i nie miała zamiaru od tego odstąpić.

– Rozbieraj się i bierz mnie zaraz! Tu, na tym stole! – zażądała.

Flamazarnik czegoś podobnego ani trochę się nie spodziewał. Jego zwiędnięty ogon – drgnął, jakby zmamiony instynktownie nagłym żonowatym pragnieniem. Ale reszta Flamazarnika – zawahała się…

– A nie będziesz szydziła z mojego ptaszka? – postanowił się upewnić.

– Będę – odpowiedziała Pelotka zgodnie z prawdą – ale nie teraz. Teraz pragnę czułości!

– A mogłabyś założyć tę kusą koszulkę? – ośmielił się poprosić Flamazarnik…

Ciąg dalszy nastąpi.

Justyna Karolak

Przeczytaj poprzednie odcinki:

Prolog 
http://karolakowo.blog.pl/2017/10/21/pelotka-i-flamazarnik-prolog/

Rozdział I 
http://karolakowo.blog.pl/2017/10/23/pelotka-i-flamazarnik-rozdzial-i/
 

Przeczytaj następny odcinek:

Rozdział III 
http://karolakowo.blog.pl/2017/11/12/pelotka-i-flamazarnik-rozdzial-iii/

Komentarze czytelników

3 komentarzy do “Pelotka i Flamazarnik – Rozdział II”

  1. ~Przemysław pisze:

    Kochana!
    Rozwaliłaś mnie tym odcinkiem na milion kawałków.
    Chyba się prędko nie pozbieram.

  2. ~Anna Stranc pisze:

    Ten rosół bez rosołu też bym chciała spróbować. A w ogrodzie zakopywałabym czekoladę i ciastka, bo mięso mnie jakoś nie pociąga.
    Nie ma się do czego przyczepić. Tylko na dobre do Twojej opowieści.

Komentuj