Justyna Karolak dziwi się światu. Tym napisem wita wszystkich tablica wjazdowa do miasta, jakim jest Karolakowo. A pod spodem, drobnym maczkiem, widnieje jeszcze dopisek: „Jaką cudowną rzeczą jest oko! Swoje uważam za prawdziwy miękki aparat fotograficzny, który robi zdjęcia nie świata zewnętrznego, lecz mojej najtwardszej myśli i myśli jako takiej”. Z pozdrowieniem dla Salvadora Dali, wita w swoim mieście, na osobistym blogu – Justyna Karolak. Zanim rozpoczniesz zwiedzanie, pozwól najpierw, że się przedstawię: notki "O mnie" i "Kontakt" znajdziesz w Archiwach – Styczeń 2013.
poniedziałek Listopad 20th 2017
Justyna Karolak dziwi się światu. Tym napisem wita wszystkich tablica wjazdowa do miasta, jakim jest Karolakowo. A pod spodem, drobnym maczkiem, widnieje jeszcze dopisek: "Jaką cudowną rzeczą jest oko! Swoje uważam za prawdziwy miękki aparat fotograficzny, który robi zdjęcia nie świata zewnętrznego, lecz mojej najtwardszej myśli i myśli jako takiej". Z pozdrowieniem od Salvadora Dalego, wita w swoim mieście, osobistym blogu Justyna Karolak. Zanim rozpoczniesz zwiedzanie, pozwól, że się przedstawię: notki "O mnie" i "Kontakt" znajdziesz w Archiwach - Styczeń 2013.

Koszmar redaktora, czyli jak skutecznie wystraszyć się na Halołin

Ponieważ kiedyś Zaduszki, a dziś Halołin, wymyśliłam, że w zastępstwie poważnego artykułu o Dniu Wszystkich Świętych podzielę się z Wami tekstem półżartem półserio o najsroższym upiorze prześladującym każdego redaktora. Zamiast przebierać się za strzygę czy kłobuka, wieczór spędzę nad tekstami różnych autorów i bać się będę błędów, które tam zastanę, nie na żarty. Albo zamiast pójść do kina na horror, otworzę tekst do poprawy i za głowę się złapię, lękając się jak zmor najpotworniejszych – nawet nie tyle błędów, co najokropniejszego demona: braku myślenia…

juzdyna-ka-usia

I pod względem pasji, i zawodowym utożsamiam się najsilniej z byciem pisarzem. Ale pisarz też człowiek i jeść musi, toteż w praktyce na chleb zarabiam głównie redaktorem będąc. I jakkolwiek zdaję sobie sprawę, że właściwie każdy z nas popełnia, grubsze czy cieńsze, błędy językowe, i że we własnych tekstach znaleźć je najtrudniej, tak niektórzy ludzie aspirujący do bycia pisarzami potrafią niekiedy swym poziomem językowym sążniście wystraszyć. I nie mówię tu wcale o dysortografii – raczej o braku autokrytycznego, i krytycznego w ogóle, myślenia.

Bo wbrew pozorom do bycia pisarzem – bycie nie-analfabetą nie wystarcza. Pisanie jako graficzny zapis – wyłania się na powierzchnię w kolejności ostatniej, podczas gdy najważniejszym „drobiazgiem” składającym się na proces pisania twórczego jest… myślenie. A mówiąc prosto z mostu, posunęłabym się jeszcze o krok dalej i zaryzykowałabym tezę, że w pisaniu – pisanie ważne jest… najmniej, jako że ewidentnie ugina się pod arcyważną wolą i sztuką wykreślania. Sam Antoni Czechow rzekł, że pisanie polega nie na umiejętności pisania, lecz na umiejętności wykreślania tego, co jest źle napisane – zaś ja Czechowowi wierzę!

Zanim jednak charakterystykę wspomnianego we wstępie demona niemyślenia uwiarygodnię, uściślę dwie rzeczy. Pierwsza! Moja odporność na ludzkie omyłki jest bardzo wysoka. Błędy językowe najczęściej nie doprowadzają mnie do rozpaczy ani nie obrażają. Póki pod spodem czytanego tekstu czai się wyraźnie szczery wysiłek intelektualny autora, póty odnoszę się do jego pisania z szacunkiem i wyrozumiałością. Szczególną wyrozumiałością darzę blogerów. Naprawdę nie uważam, że czołową wartością bloga np. kulinarnego lub modowego powinna być purystyczna jakość językowa. Poza tym puryzm według mnie niekoniecznie jest wymiarem cnoty, częściej jawi mi się wymiarem osobowości kompulsywnej, która chorobliwie dąży do, i tak nieosiągalnej za życia, nieomylności…

Druga! Nie uważam się za przysłowiową alfę i omegę, przeciwnie nawet – myślę, że pozostaję małym skromnym wędrowcem, który stale uczy się po drodze, a im dłużej się uczy, tym bardziej rozumie, jak mało wie, jak przeolbrzymi wciąż przed nim zasób danych o świecie, o sztuce, o historii, o… Nie uznaję się ani za wybitnego pisarza, ani za wytrawnego redaktora, natomiast lubię w sobie to, że czytając i pisząc, próbuję myśleć.

Powiem więcej i przyznam się otwarcie, że po napisaniu czternastu książek (wymienię je: Putana; Chmura z waty cukrowej; Trójkąt Bermudzki; Dziewczyna z kamieniem; W poszukiwaniu idealnego poranka; Tropiąc jednego wilka; Głowa do pokochania; Mowa kruka; Niebieski Ptak i podróż Donikąd; Chłopiec i cień; Kobieta w pomarańczach; O dziewczynie, której nie było; Opowiadania o nicości; Po drugiej stronie wstęgi Möbiusa) dopiero dziś powoli wkraczam na właściwą ścieżkę do wstępu do prawdziwej literatury pięknej – dopiero dziś zaczyna do mnie mniej więcej jasno docierać, czym literatura jest, czym ma prawo być i jak warto ją „robić”… Zaakcentuję następujące słowa: powoli, mniej więcej, wstęp. Być może pisząc 114. książkę, mogłabym z ręką na sercu – i przede wszystkim na głowie – powiedzieć: wiem, o co naprawdę w tym chodzi! Pojedynczego wcielenia mi nie dość – nie zdążę… Podpisuję się pod słowami Sokratesa: „Nie wiem. I sądzę, że nie da się wiedzieć”.

Tak że bez cienia pruderii ni fałszywej skromności składam tę oficjalną deklarację: potrzeba autentycznie oszałamiającego i nieomal nadprzyrodzonego wysiłku, żeby doprowadzić mnie do utraty równowagi – żeby swym niskim poziomem pisarskim mnie wystraszyć.

Raz! Raz jeden w życiu przeczytałam tekst, który w pierwszym odruchu zażenował mnie do granic absurdu, w drugim zaś przeraził tak, że chciałam schować się w szafie – na samym dnie, razem ze wszystkimi kościotrupami, jakie tam spoczywają. Raz jedyny!

Był to tekst tak słaby, tak zły, że to aż niewyobrażalne. Czytając go, marzyłam tylko o tym, aby wyłupić sobie oczy i poprzez puste oczodoły podrapać się w mózg.

Kiedy czytałam ten tekst, to było tak, jakbym gwałtownie znalazła się w basenie z piłeczkami, tyle że zamiast wśród piłeczek – pływałam w ścisłym centrum najgorszego koszmaru redaktora i nie potrafiłam się wydostać…

To był tekst koszmarny do tego stopnia, że aż nie mogłam w jego istnienie uwierzyć. To był tekst jak najpodlejsza, najohydniejsza zmora zobaczona na jawie, bez żadnej zapowiedzi. Jak żywy trup, który nagle wyrasta ci przed oczami i metodycznie zaciska brudne szpony na twojej szyi… Słowo za słowem, zdanie za zdaniem – było tylko gorzej, boleśniej i straszniej…

Najbardziej przerażającej i zgniłej warstwy tego tekstu nie stanowiły bynajmniej błędy ortograficzne, jak np.: porzegnanie, ubustwianie, ździwienie, wzpaniałość, męszczyzna. Otóż najbardziej przerażające okazało się właśnie to, co pod spodem – a raczej to, czego pod spodem zabrakło, a zabrakło myślenia, krytycyzmu, o kropli pokory nie wspominając. Oto i próbka (pisownia prawie oryginalna: oryginalny pseudonim zmieniłam na „Iks”, dokonałam też subtelnej obróbki tekstu tak, aby niczego nie wykorzystać bez zgody autora, a jednocześnie aby nie przekłamać pierwotnego „majstersztyku”):

Jestem (nie)zwyczajnym chłopakiem pełnym kolorów oraz światła, natomiast mój blog to osobna historia. Na nim aż kipi szczerością, jest prawdziwy aż do bólu, ponieważ piszę o życiu, o zwykłej otaczającej mnie codzienności, ponieważ inspirują mnie relacje międzyludzkie. Posiadam również otwarty umysł, na otaczający mnie świat. Uważnie obserwuje to, co dzieje. Najważniejsze dla mnie jest to, że odkryłem swoją pasję, dla której naprawdę warto poświęcić wręcz swoje życie. Aktualnie jestem znany jako Iks i prowadzę iksowy blog, kolorów oraz życia. Mam naprawdę bogate życie pełne marzeń, więc na szczęście nie prowadzę nudnej egzystencji. Wyróżnia mnie przede wszystkim własna pasja, bycie sobą i prawdziwość w tym, co piszę oraz czyste serce. Tak naprawdę dzięki temu, że rozpocząłem swoją przygodę z pisaniem posiadam cudownych czytelników. Kocham momenty, w których piszę oraz poszukuję odpowiednich fotografii do postów. Wtedy jest prawdziwa radość i szczęście. Potrafię przeżywać w sercu prawdziwą oraz szaloną burzę, ponieważ nawet w najmniejszych przejawach niegodziwości oraz zakłamania na tym świecie będę krzyczeć głośno. Z całych sił i nikt ani nic mnie nie zatrzyma. Najlepsze teksty wychodzą mi, kiedy coś mnie poruszy. jestem naprawdę zły czy wściekły. Uwielbiam opisywać prawdziwe historie życiowe niosące ze sobą prawdziwy i mocny oraz mądry przekaz.

Że tak powiem: „siedzę przy klawiaturze, niech mnie który przegoni” [1]. I nie, moją intencją nie jest pastwienie się nad autorem – wręcz więcej mu współczuję, niż się go obawiam. Podaję jednakże tę zmorę piśmienniczą do Waszego oglądu i osądu, w formie argumentu przemawiającego za tym, że nic nie zastąpi człowiekowi myślenia. A robię to po to, by pozostawić Was z przesłaniem:

Jeżeli zgłaszasz się do jakiegokolwiek redaktora celem pochwalenia się przed nim twórczością pisarską, to przynajmniej bądź łaskaw zażywić w stosunku do swych umiejętności choć mikrocień wątpliwości. Nikt nie jest bez winy, to prawda. Istotą człowieczeństwa jest zdolność do popełniania błędów, to też prawda. Ale poznajże chociaż w minimalnym zakresie własne niedostatki, zanim wychylisz zarozumiałego dzioba przed tłumy…

Oraz z tym przesłaniem:

Pisać każdy może,
trochę lepiej lub trochę gorzej,
ale nie o to chodzi,
jak co komu wychodzi.
Czasami człowiek musi,
inaczej się udusi,
uuu.

Lubię pisanki i różne inne literki,
szczególnie jak mnie co wzruszy
rzuca mnie się na palusze.
Teraz będę już szczery,
wybrałem drogę kariery,
kariery na blogostradzie,
na pewno sobie poradzę.

Siedzę przy klawiaturze,
niech mnie który przegoni,
różne sceny, brygady
już nie dadzą mi rady,
bo ja się wcale nie chwalę,
ja po prostu niestety mam talent.

Jak człowiek wierzy w siebie,
to cała reszta to betka,
nie ma takiej rury na świecie,
której nie można odetkać,
wejść na blogaska i zostać,
cała reszta to rzecz prosta.

A ja wiem co jest grane,
dlatego tutaj zostanę,
będę pisał tekścinki,
będą klaskać panienki,
będą dawać mi kwiaty,
będę teraz bogaty,
bo ja się wcale nie chwalę,
ja niestety mam talent.
Jak tekst wylewam z siebie,
wszyscy są w siódmym niebie [2].

Justyna Karolak

PS Chciałabym wyjaśnić, że mój wpis blogowy w żadnym razie nie jest wyrazem kpiny z Dnia Wszystkich Świętych ani Zaduszek. Napisałam już tzw. poważny artykuł z okazji 1. listopada, dostępny w serwisie Toster Pandory, do którego serdecznie zapraszam. Natomiast na osobistym blogu postanowiłam w tym wyjątkowym czasie odnieść się w tonie lekkim do innych obszarów życia, co nie zakłada braku szacunku do zmarłych ani do polskiej tradycji. Ja też tęsknię za nieżyjącym tatą i dbam o jego grób…

Przypisy:

1 i 2 – parafrazy tekstu Jonasza Kofty, Śpiewać każdy może.

Komentarze czytelników

2 komentarzy do “Koszmar redaktora, czyli jak skutecznie wystraszyć się na Halołin”

  1. ~Morfeusz pisze:

    Hahaha, uśmiałem się:) Bo znam ten blog, już zresztą nieistniejący. Przyznam się (i mówię to absolutnie poważnie) że zaintrygowany skrajnie niskim poziomem tekstów jego autorki i jej wybujałym ego, obserwowałem go bacznie przez ostatni bodaj miesiąc jego istnienia, i byłem głęboko przekonany o tym, że to jakiś eksperyment, że ktoś sprawdza, jakie postawy ludzie przyjmą wobec czegoś tak niemożliwie wręcz okropnego. O dziwo, komentatorzy, którzy udzielali się pod wpisami, ustosunkowywali się do nich nieraz pozytywnie i z pełną powagą, jakby nie zauważali ich wydźwięku i poziomu (byłem prawie pewien, że są w większości podstawieni!). Inna sprawa, że sam w życiu napisałem sporo rzeczy beznadziejnych pod względem formy i najzwyczajniej w świecie głupich (nie mówiąc już o wdawaniu się bezsensowne, wulgarne, pozbawione kultury rozmowy na forach muzycznych, i obelżywe hejtowanie muzyków, których dokonania nie przypadły mi do gustu). Głupota to straszliwy stan umysłu, ale – wnioskując na moim przykładzie – jest, a przynajmniej bywa on przejściowy. Lubię myśleć, że dla każdego jest nadzieja:)

    • Morfeuszu,

      ja nie miałabym pojęcia o istnieniu tego bloga – gdyby nie to, że pewnego pięknego dnia autor zareklamował go w grupie dla redaktorów na Fb, którą prowadzę. Na pewno w różnych grupach panują różne zasady i obyczaje – w tej, którą założyłam ja, jest tak, że każdy, kto linkuje tekst, musi liczyć się z jego krytyką. Autor tego bloga linkował ten sam tekst kilkukrotnie – był to ten właśnie tekst, który opisałam w artykule. Zwracałam autorowi uwagę, by nie reklamował się wiele razy z rzędu – tym samym niedopracowanym tekstem. Nie pomogły ani prośby, ani uwagi krytyczne – tekst wracał jak bumerang, wciąż w tym samym kształcie, wciąż niepoprawiony… To było straszne! ;) Dlatego też w końcu zdecydowałam się napisać ten tekst – może kogo ostudzi, może zmusi do jakiej minirefleksji…

      Wiesz, ja też napisałam niemało głupot w życiu ;) . Też nie raz i nie dwa nie potrafiłam poradzić sobie z dyskusją, poniosły mnie emocje albo nie chciałam porządnie wysłuchać interlokutora, tego, co druga strona ma do przekazania. Nie jestem z tych porażek dumna – wstydzę się za nie. Ale póki człowiek wykazuje wolę samonaprawy i uczenia się od mądrzejszych od siebie, póty jest dla niego nadzieja :) . Przyznam, że nie widzę tej nadziei dla autora ww. bloga – liczę na to, że blog z sieci zniknął dlatego, że sam autor doszedł do prawidłowego wniosku, że pora znaleźć nowe hobby w życiu :) .

      Pozdrawiam serdecznie :) .

Komentuj