Justyna Karolak dziwi się światu. Tym napisem wita wszystkich tablica wjazdowa do miasta, jakim jest Karolakowo. A pod spodem, drobnym maczkiem, widnieje jeszcze dopisek: „Jaką cudowną rzeczą jest oko! Swoje uważam za prawdziwy miękki aparat fotograficzny, który robi zdjęcia nie świata zewnętrznego, lecz mojej najtwardszej myśli i myśli jako takiej”. Z pozdrowieniem dla Salvadora Dali, wita w swoim mieście, na osobistym blogu – Justyna Karolak. Zanim rozpoczniesz zwiedzanie, pozwól najpierw, że się przedstawię: notki "O mnie" i "Kontakt" znajdziesz w Archiwach – Styczeń 2013.
poniedziałek Listopad 20th 2017
Justyna Karolak dziwi się światu. Tym napisem wita wszystkich tablica wjazdowa do miasta, jakim jest Karolakowo. A pod spodem, drobnym maczkiem, widnieje jeszcze dopisek: "Jaką cudowną rzeczą jest oko! Swoje uważam za prawdziwy miękki aparat fotograficzny, który robi zdjęcia nie świata zewnętrznego, lecz mojej najtwardszej myśli i myśli jako takiej". Z pozdrowieniem od Salvadora Dalego, wita w swoim mieście, osobistym blogu Justyna Karolak. Zanim rozpoczniesz zwiedzanie, pozwól, że się przedstawię: notki "O mnie" i "Kontakt" znajdziesz w Archiwach - Styczeń 2013.

Pelotka i Flamazarnik – Rozdział III

Rozdział III.

Ten, w którym Flamazarnik robi weki na zimę, a Pelotka jedzie do telewizji.

Flamazarnik

Był początek grudnia w piątek wcześnie rano, kiedy spadł pierwszy tegoroczny śnieg. Termometr pokazywał minus dziewięć. Ogródek za domem zrobił się całkiem biały i co gorsza twardy – Flamazarnik nie mógł już zakopywać w nim flaków po pasztetowej i parówkach. Westchnął ciężko, uświadomiwszy sobie, że oto nastał niechybny czas robienia nudnych dietetycznych weków, od których język szczypie, a żołądek zawodzi z tęsknoty do pasztecików… Czas zimy – czas spożywczej posuchy.

Przed południem wybrał się do hipermarketu ekologicznego po glony, algi i pozostałe wodorosty, aby zawekować na zimę, co trzeba. Wczesnym popołudniem, obłożony starannie wyparzonymi słoikami, jedną ręką kroił obślizgłe wodorosty, drugą mieszał gotujący się na obiad krupnik, ogon zwisał mu przy tym bezboleśnie niczym zimne wahadło metronomu odmierzającego uciekające jak para z czajnika godziny do powrotu żony z pracy. Nim rozległ się chrobot zamka, spiżarnia była już zastawiona odpowiednią liczbą weków, krupnik nalany do talerzy, a Flamazarnik oczekiwał na progu, ubrany w czysty śliniak obiadowy i trzymając w dłoniach ulubione zimowe bamboszki Pelotki, te z miękkimi pomponami w kolorze miętowym.

Pelotka zmierzyła go na powitanie analitycznym żonowatym wzrokiem, od którego Flamazarnik niechcący spocił się wzdłuż kręgosłupa oraz pod pachami, na szczęście plamy potu spod grubej podomki nie prześwitywały.

– Czysty śliniak, miętowe bamboszki – rzekła Pelotka zachowawczo. – Całkiem prawidłowo, nawet jak na ciebie – dodała wspaniałomyślnie.

Flamazarnik domyślił się, że spędziła udany dzień w biurze, co szczerze go ucieszyło, lata małżeństwa nauczyły go bowiem skutecznie, że jej kariera ma regularne bezpośrednie przełożenie na jego osobiste losy – z akcentem na objętość listy obowiązków domowych. Odetchnął zatem z ulgą i przystąpił do umieszczania płóciennej torebki, sztucznego futra i filcowego kapelusza żony na stosownych miejscach w szafie w przedpokoju. W tym czasie Pelotka zasiadała już do obiadu.

Kiedy do niej dołączył, zorientował się, że miała tajemniczy wyraz twarzy. Wyraz ten nie kojarzył się ani z zadowoleniem, ani z gniewem, zwiastował mgliście wiszące w powietrzu coś, ale czym owo coś było – Flamazarnik nie wiedział. Bezszelestnie przysunął sobie krzesło, potulnie zanurzył łyżkę w krupniku, raz po raz trwożnie popatrywał na żonę, niepewny niczego.

Pelotka skończyła krupnik w napiętym milczeniu, a kiedy odepchnęła od siebie pusty talerz, Flamazarnik uspokoił się w duchu, że zabawy w talerze Schrödingera tego dnia nie będzie – faktycznie Pelotka musiała mieć za sobą wyjątkowo udany dzień w biurze. Niemniej czujność od nowa we Flamazarniku zakiełkowała, gdy Pelotka chrząknęła znacząco, zanim zdążył uprzątnąć stół.

– Zaproszono mnie do telewizji śniadaniowej do stolicy – oznajmiła wreszcie głosem dźwięcznym jak dorodny dzwon. – Do najpopularniejszej telewizji w kraju, Dzień dobry TVB – uściśliła z wyraźną ekscytacją.

Flamazarnik z całych sił spróbował się uśmiechnąć na znak niebotycznego szczęścia z sukcesu żony, ale uśmiech zdrętwiał mimo woli pod naporem gwałtownej wizji setki sukienek i setek butów, jakie będzie musiał wyprasować i wypastować, by Pelotka mogła swobodnie wybrać, w co ubierze się do telewizji. Struchlał na myśl o tym, jak szybko przyjdzie mu pracować nad nienaganną prezencją żony – ciekawe, ile czasu mu na to Pelotka przydzieli…

– Cóż za cudowna nowina, kochanie! – Flamazarnik przybrał wyuczony ton urzeczonego męża. – A kiedy nastanie ten piękny dzień? – zapytał, modląc się w myślach, by na prasowanie i pastowanie pozostał przynajmniej tydzień.

– W najbliższą niedzielę – odparła Pelotka jakby nigdy nic. – Dowiedziałam się w ostatniej chwili. Wiesz, jaki w tych telewizjach mają bałagan – niby od niechcenia machnęła ręką oraz zatrzepotała rzęsami dla podkreślenia, jak bardzo jej na tym występie wcale, ani trochę nie zależy oraz jak świetnie zna się na zwyczajach panujących w telewizjach, chociaż jeszcze nigdy w żadnej nie gościła.

– W najbliższą niedzielę, a więc już pojutrze… – wymsknęło się Flamazarnikowi drżącym, struchlałym głosikiem. – Już pojutrze, ależ się cieszę! – zreflektował się prędziutko.

– Zaraz rozpocznę szykowanie wstępnego zbioru sukienek, spodnium i garsonek oraz butów i trzewików do rozważenia – kontynuowała podekscytowana Pelotka – a więc niestety nie będę mogła poświęcić ci dzisiejszego wieczoru. Przypadające na ten piątek testy osobowości i kompetencji mężowskich musimy przełożyć, przykro mi.

– Och, ogromnie żałuję. Wiesz, jak uwielbiam rozwiązywać psychotesty i poznawać twoje oceny moich kompetencji mężowskich – odparł Flamazarnik.

– W takim razie na przyszły piątek przygotuję ci podwójny zestaw – uspokoiła go Pelotka.

– Oczywiście, najmilsza. Właśnie zamierzałem o to poprosić…

– Dziś skupimy się na mojej garderobie.

– Koniecznie. Nie mogę się doczekać.

– Powinieneś też wypucować samochód i odkurzyć tapicerkę. W końcu jadę do telewizji.

– Właśnie chciałem to zaproponować. Na pewno pomiędzy prasowaniem a pastowaniem będę miał sporo niezagospodarowanego czasu.

– Myślę, że możesz umyć samochód już teraz, od razu. Ja w tym czasie zadzwonię do mamusi i przyjaciółek z Ligi Kobiet Impertynenckich, aby przekazać im radosne wieści.

– Wyśmienity pomysł, najdroższa!

– Sprawiasz dziś wrażenie męża w miarę wspierającego, może nawet nie jesteś taki głupi, jak mogłoby się z wierzchu zdawać – rzekła Pelotka dobrodusznie, widocznie zaproszenie do telewizji autentycznie ją ukontentowało. – Zanim pobiegniesz do garażu, nie zapomnij założyć getrów pod spodnie i berecika z nausznikami. Nie chciałabym, żebyś przeziębił się przed prasowaniem moich kreacji, no i w końcu w niedzielę będziesz mi towarzyszył, zatem musisz być w formie. Naturalnie na ile twój codzienny stan chronicznej flegmatyczności można nazwać formą.

– Pojadę z tobą do stolicy? – Flamazarnik nie mógł w to uwierzyć.

Spodziewał się raczej, że niedzielę spędzi sam, oczywiście z żoną w telewizorze, ale jednak sam – poleży do południa w łóżku, wypije grzane piwo z sokiem, przekąsi czipsy bekonowe smażone w głębokim tłuszczu ze starej frytownicy ukrytej na strychu… To mogłaby być prawdziwie beztroska, rozkoszna niedziela… Kto wie – może jeszcze nie wszystko stracone, może jeśli się przeziębi, Pelotka pozwoli mu zostać w domu pod pierzynką.

– Początkowo nie zamierzałam taszczyć cię ze sobą, niestety szef zasugerował, że powinnam zaprezentować się nie tylko jako ekspertka, ale i szczęśliwa małżonka, co ociepli wizerunek firmy.

Flamazarnik grzecznie skinął głową i udał się do garażu. Musiał bardzo dynamicznie polewać samochód gorącą wodą i błyskawicznie polerować suchą gąbką, aby woda nie zdążyła zamarznąć. Trwało to dłużej niż zakładał, więc zdążył nabawić się kataru, na co wszak liczył, ale w domu już czekało na niego tyle interesujących czynności do wykonania, że natychmiast o katarze zapomniał. Mimo wszystko tuż przed nocą Pelotka zmusiła go do wypicia przegotowanego mleka z czosnkiem i miodem, od czego okrutnie go zemdliło, lecz zatkała mu dziurki w nosie czopami z tamponów menstruacyjnych i rozkazała przełknąć miksturę do ostatniej kropli. Wtedy do niego dotarło, że istotnie nie ma już odwrotu – że z rozkosznej samotnej niedzieli nici.

*

Sobota upłynęła Flamazarnikowi na prasowaniu i pastowaniu, a w niedzielę o świcie Pelotka starała się wcisnąć go w ślubny smoking, który obecnie był o półtora rozmiaru za ciasny, szczęśliwie po rozpruciu spodni na szwie na pupie i zasłonięciu dziury marynarką od innego kompletu ogólny wygląd Flamazarnika został przez nią zaakceptowany. Sama przywdziała elegancki kostium o barwie złamanej śliwki, która Flamazarnikowi kojarzyła się z kupą oddaną po zjedzeniu jagód, ale Pelotka wyjaśniła mu, że to złamana śliwka będąca ostatnim krzykiem mody. Kozaczki z lakierowanej skóry, których pastowanie zajęło Flamazarnikowi cztery godziny, dopełniły szykowności jego małżonki.

**

Studio Dzień dobry TVB prezentowało się zdaniem Pelotki prześlicznie. Szczególnie ujął ją niebieski wystrój oraz przeuprzejma para prowadzących, redaktorka Łelmen oraz redaktor Kropka. Flamazarnik był solidnie przerażony przestronnością pomieszczeń i ogólnym tłokiem, zaś widok licznych kamer zdruzgotał jego prostolinijne wnętrze do cna. Pelotka – przeciwnie, nie mogła się doczekać, kiedy wszystkie obiektywy skierują się wprost na nią i była w tak wybornym nastroju, że zezwoliła Flamazarnikowi na poczęstowanie się jednym z pączków z toffi, które wraz z innymi łakociami oraz kawą, jak na telewizję śniadaniową przystało, stały na sterylnym telewizyjnym stole pod najbardziej niebieską ze ścian.

Wkrótce usadowiono państwa Pelotkowiczów na wytwornej telewizyjnej kanapie dla gości, naprzeciw nie mniej wytwornych telewizyjnych foteli z redaktorką Łelmen oraz redaktorem Kropką. Redaktor Kropka był długi i cienki jak spaghetti, dlatego jego fotel musiał być dwa razy niższy od fotela redaktorki Łelmen, która dla przeciwwagi przypominała przysadzistą kulę bilardową. Pelotka zachwyciła się tym odkryciem prawdziwych formatów foteli, bo w telewizorze wyglądały zawsze jakby były jednakowe. Flamazarnik, wprost odwrotnie do żony, uczuł raptowne ukłucie instynktu samozachowawczego z tyłu czaszki, które podpowiadało mu nieznośnie, że magia telewizji to niebezpieczne narzędzie w rękach pospolitych ludzi, takich jak on. Następnie przypięto wszystkim mikrofony.

– Czy to rzeczywiście niezbędne? – spytała Pelotka, wskazując palcem na mikrofon męża. – Myślałam, że posiedzi sobie cichutko, w końcu to tylko mój mąż – uśmiechnęła się przekonywająco.

– Ja też jestem tylko mężem własnej żony, i proszę bardzo, pracuję w telewizji i mówię do mikrofonu, a ona nie, he-he-he – odparł dowcipnie redaktor Kropka.

– W zupełności panią rozumiem, ja też mam tylko męża, dlatego to ja pracuję w telewizji, a nie on – odparła poważnie oraz empatycznie redaktorka Łelmen – ale wie pani, prezes naszej stacji wymaga, by każdy, kto pojawia się na wizji, jednocześnie otrzymywał dostęp do fonii.

Pelotka pojęła, że z magią telewizji się nie dyskutuje, toteż mile uśmiechnęła się do prowadzących, w tym czasie puszczono blok reklamowy, a Pelotka syknęła Flamazarnikowi na ucho:

– Nie odzywaj się niepytany, bo nabawisz się nie lada kłopotów. Będę robiła ci lewatywy z miodu przez trzy miesiące z rzędu.

Flamazarnik nic na to nie powiedział – zgodnie z wolą żony, która nie zadała mu pytania, lecz przekazała czytelne instrukcje. Posłusznie zamknął się w sobie i przybrał minę anonimowego mebla. Blok reklamowy dobiegł końca…

– Dzień dobry, drodzy widzowie Dzień dobry TVB. W ten jakże uroczy zimowy poranek, w którym w stolicy pachnie świeżo opadniętym śniegiem przywianym przez front znad Rosji, mamy zaszczyt przedstawić państwu panią Pelotkę Pelotkowicz – rozpoczęła poważnie i empatycznie redaktorka Łelmen.

– Oraz jej męża, pana Flamazarnika Pelotkowicza, he-he-he – dodał dowcipnie redaktor Kropka.

– Widzów bez wątpienia ucieszy, jeśli to od pani usłyszą, czym arcyciekawym się pani zajmuje – kontynuowała redaktorka Łelmen. – Jest pani ekspertką… – tu redaktorka Łelmen poczyniła wymowną pauzę.

– Dzień dobry, drodzy widzowie Dzień dobry TVB – Pelotka błyskawicznie odnalazła się w nowej roli. – Jestem ekspertką w dziedzinie Pi Aru i pracuję na stanowisku dyrektora kreatywnego do spraw zarządzania kapitałem ludzkim w kontekście reklamy, w międzynarodowej korporacji o korzeniach niemiecko-francuskich.

– To brzmi fascynująco, pani Pelotko – zauważyła inteligentnie redaktorka Łelmen. – A proszę opowiedzieć: kiedy dokładnie odkryła pani w sobie powołanie do tak twórczej profesji?

– Cóż, mój talent do zarządzania dał o sobie znać już w dzieciństwie, zresztą pod skrzydłami mamusi wyrośnięcie na twórczą kobietę odbyło się bardzo naturalnie…

– Niezwykła opowieść, he-he-he – wtrącił dowcipnie redaktor Kropka. – A oprócz talentu do zarządzania, potrafi pani ubrać się ze smakiem. Na przykład dzisiejszy pani kostium w barwie… czyżby jagód?

– To złamana śliwka – odparła Pelotka, nieco zbita z tropu.

– Oczywiście, że śliwka, he-he-he.

– Pani Pelotko, czy pamięta pani przełom w swej karierze? Moment, w którym awansowała pani na stanowisko dyrektora?

– Rzecz jasna, pamiętam doskonale – Pelotka zgrabnie powróciła na właściwe tory. – Było to w zeszły poniedziałek, prowadziłam prezentację dla klienta zagranicznego. Zaproponowałam mu zareklamowanie jego produktu jabłkami z flagami Unii Europejskiej. Poprzez te jabłka doceniono moją kreatywność, ponieważ w celu przytwierdzenia flag unijnych wykorzystałam wykałaczki, co było niezwykle oryginalne.

– Niesłychanie fenomenalna historia – zauważyła redaktorka Łelmen. – A jaki to był produkt? – zaciekawiła się.

– Nie pamiętam, chyba jakiś samochód czy coś…

– Musi być pan dumny z żony? – kontynuowała redaktorka Łelmen, tym razem zwracając się do Flamazarnika.

– Tak, jestem bardzo dumny z żony. Jest mądra, piękna i ma na sobie wspaniały kostium w barwie złamanej śliwki, to ostatni krzyk mody – wyrecytował na jednym wydechu spięty Flamazarnik.

– Zna się pan na modzie?

– Nie znam się ani trochę, ale ubóstwiam dbać o garderobę żony, prasować i pastować – wyrecytował odrobinę mniej spięty, lecz wciąż na jednym wydechu.

– A czym zajmuje się pan zawodowo?

– Niczym. Moim przeznaczeniem jest praca w domu. Kocham sprzątać, prać i wynosić śmieci. Uwielbiam chodzić na zakupy i przynosić do domu ciężkie siatki. A potem wykładać świeżo zakupione towary na bufet w kuchni, i roznosić na właściwe półki w różnych zakamarkach domu. Cieszy mnie kupowanie proszku do prania delikatnej bielizny, płynu do naczyń z dozownikiem, kapsułek czyszczących do sedesu, jak również tamponów dla żony. Gdy idę na strych rozwiesić pranie, nie posiadam się ze szczęścia. Czuję się wtedy prawie perfekcyjnie spełniony. Aby uczcić tę pełnię, jesienią grabię liście w ogrodzie, a zimą odśnieżam podjazd. Wiosną sieję kiełki rzeżuchy i selera, a latem sadzę pomidorki koktajlowe i rzodkiew. Gotowanie obiadów jest czystą przyjemnością. Po zajęciach w kuchni jestem tak ewidentnie zadowolony z życia, że aż wstyd mi przed samym sobą. Samo istnienie z imieniem żony na ustach doprowadza mnie do euforii, a możliwość pielęgnowania domowego ogniska z myślą o niej i jej wygodzie to szczyt moich marzeń, za który codziennie dziękuję.

– Naprawdę wykonuje pan wszystkie te obowiązki z tak kolosalnym zaangażowaniem?

– Och, nie tylko z zaangażowaniem, ale i z najwznioślejszym entuzjazmem – otworzył się Flamazarnik. – Uszczęśliwianie żony jest moją misją życiową. Oczywiście nie od razu się entuzjazmowałem, jako kawaler byłem pusty jak skorupa po jajku i durny jak mydelniczka. Ale Pelotka uwierzyła we mnie i zapowiedziała mi, że pewnego dnia uczyni ze mnie człowieka. Byłem spragniony swej przemiany jak kania dżdżu, jak pomidorowa ryżu, jak Kopciuszek balu. Aż nie potrafię wyrazić potęgi swej wdzięczności za to, że Pelotka z anielską dobrocią uczyła mnie milimetr za milimetrem i kroczek po kroczku wszelkich czynności mogących uformować ze mnie udanego mężczyznę, a w konsekwencji męża. Podążanie za kreatywnością Pelotki okazało się dla mnie wytrawnym przywilejem. To, że mogę opiekować się domem w czasie, kiedy ona rozwija karierę, jest przyczyną mego absolutnego szczęścia. Do tego żona dba o mnie, jak rzadko kto dbałby o partnera. Troszczy się o moje zdrowie, pilnuje, abym ekologicznie się odżywiał, jadł dużo zielonego. Poi mnie sokiem z buraka. Pozwala mi długo szorować wannę z osadu i resztek piany po kąpieli, bo wie, jak gigantyczną frajdę mi to przynosi. A jak ja lubię zmywać naczynia! Aż trudno mi opisać słowami doznanie ciepłej wody na dłoniach, kiedy usuwam resztki pokarmów z talerzy. To akt podobny do katharsis, po którym każdorazowo czuję się niczym nowonarodzony, otwarty na nowe wyzwania, które gotów jestem wypełniać z peanem na cześć żony rozpierającym moją pierś. Szaleję też za pracami sezonowymi, dziś robiłem weki…

Redaktorka Łelmen przyglądała się Flamazarnikowi ze łzami wzruszenia, redaktor Kropka oniemiał, straciwszy ochotę na dowcipkowanie, zaś Pelotka pobladła z wściekłości, że mąż skradł jej całe szoł… Wtedy puszczono drugi blok reklamowy.

***

W czasie gdy nadają drugi blok reklamowy, narrator zyskuje sposobność, by donieść Czytelnikowi, że preferowanie przez Pelotkę ekologicznego trybu życia nie wadziło jej zupełnie w noszeniu butów z prawdziwej skóry, swoje stopy ceniła bowiem bardzo wysoko, a ich rozpieszczanie miało dla niej znaczenie nieomal nadrzędne. Dlatego też ekologizm w wydaniu Pelotki przejawiał charakter umiarkowany, a jego przestrzeganie wynikało więcej z bieżących trendów, niż z głębokich nieustępliwych przekonań. Dietetyczne weki natomiast, złożone z różnego typu wodorostów, miały za zadanie stanowić nowoczesne źródło witamin i minerałów czy innych białek, jak wyczytała Pelotka w broszurce organizacji wegańsko-religijnej, wrzuconej ongiś do skrzynki na papierowe listy.

****

– Drodzy widzowie Dzień dobry TVB, wracamy po przerwie reklamowej wciąż do głębi poruszeni – rzekła poważnie i empatycznie redaktorka Łelmen. – To było wyjątkowe spotkanie, które na długo, o ile nie na zawsze, zakotwiczy w sercach całej naszej telewizyjnej rodziny.

– Dziękujemy panu za inspirujący wykład, który z pewnością wielu mężczyznom w naszym kraju wskaże drogę do samospełnienia u boku żon – powiedział z przekonaniem redaktor Kropka. – Mnie zdecydowanie zmotywował pan do starań o bycie lepszym mną, he-he-he – dodał, odzyskując właściwy sobie dowcip.

– Przypomnijmy, że naszym dzisiejszym gościem był pan Flamazarnik Pelotkowicz, spełniony piastun domowego ogniska, mężczyzna czuły i zdolny do niewiarygodnych poświęceń, mężczyzna będący niepowtarzalną i imponującą oazą dobrego słowa i harmonii ducha – podsumowała redaktorka Łelmen.

– Idealne podsumowanie, moja zacna koleżanko redaktorko, he-he-he – pochwalił redaktor Kropka z właściwym sobie dowcipem – a teraz już łączymy się z południem kraju, gdzie nasz reporter do zadań specjalnych zrelacjonuje dla państwa wyścigi nakręcanych kogutów mechanicznych…

Wizja została przełączona na relację z południa kraju, a niebieskie studio wypełniło się owacjami na stojąco. Flamazarnik w swej przeczystej naiwności sądził, że brawa są dla jego żony, ale kiedy spojrzał na nią, aby upewnić się, że nie przyniósł jej wstydu – tak jak sobie życzyła, wtedy zrozumiał, że magia telewizji obróciła się przeciwko niemu. Pelotka, delikatnie mówiąc, nie wyglądała na zadowoloną, bowiem policzki płonęły jej od przyczajonej furii tak, że aż kostium o barwie złamanej śliwki przygasł, czym upodobnił się do białych majtek upranych omyłkowo z różową skarpetką. Flamazarnik miał najszczerszy zamiar przystąpić do kajania się u stóp małżonki, gdy nagle wyrósł przed nim mężczyzna w kosztownym garniturze i o siwej, krótko przystrzyżonej brodzie wzbudzającej respekt. Wyciągnął do Flamazarnika rękę.

– Misiak, prezes i dyrektor programowy stacji TVB – przedstawił się zwięźle. – Był pan doskonały, słupki stacji poszybują w górę. Przejdźmy proszę do mojego gabinetu, chciałbym złożyć panu pewną, nader atrakcyjną, jak sądzę, propozycję.

Flamazarnik chciał gorąco zaprotestować, by na powrót wkupić się w łaski żony, ale nie zdołał, nie wiedział, jak. Prezes Misiak poprowadził go wgłąb telewizyjnego gmachu, wszystko działo się za szybko…

Ciąg dalszy nastąpi.

Justyna Karolak

Przeczytaj poprzednie odcinki:

Prolog 
http://karolakowo.blog.pl/2017/10/21/pelotka-i-flamazarnik-prolog/

Rozdział I 
http://karolakowo.blog.pl/2017/10/23/pelotka-i-flamazarnik-rozdzial-i/

Rozdział II 
http://karolakowo.blog.pl/2017/10/26/pelotka-i-flamazarnik-rozdzial-ii/

Komentarze czytelników

2 komentarzy do “Pelotka i Flamazarnik – Rozdział III”

  1. ~Anna Stranc pisze:

    I tak zamiast żony mąż bohaterem. Zazwyczaj jest odwrotnie. A tu proszę ekologiczna jędza i pan domu, który sprząta. Bawi mnie ta historia i czekam na ciąg dalszy.

Komentuj