Justyna Karolak dziwi się światu. Tym napisem wita wszystkich tablica wjazdowa do miasta, jakim jest Karolakowo. A pod spodem, drobnym maczkiem, widnieje jeszcze dopisek: „Jaką cudowną rzeczą jest oko! Swoje uważam za prawdziwy miękki aparat fotograficzny, który robi zdjęcia nie świata zewnętrznego, lecz mojej najtwardszej myśli i myśli jako takiej”. Z pozdrowieniem dla Salvadora Dali, wita w swoim mieście, na osobistym blogu – Justyna Karolak. Zanim rozpoczniesz zwiedzanie, pozwól najpierw, że się przedstawię: notki "O mnie" i "Kontakt" znajdziesz w Archiwach – Styczeń 2013.
poniedziałek Listopad 20th 2017
Justyna Karolak dziwi się światu. Tym napisem wita wszystkich tablica wjazdowa do miasta, jakim jest Karolakowo. A pod spodem, drobnym maczkiem, widnieje jeszcze dopisek: "Jaką cudowną rzeczą jest oko! Swoje uważam za prawdziwy miękki aparat fotograficzny, który robi zdjęcia nie świata zewnętrznego, lecz mojej najtwardszej myśli i myśli jako takiej". Z pozdrowieniem od Salvadora Dalego, wita w swoim mieście, osobistym blogu Justyna Karolak. Zanim rozpoczniesz zwiedzanie, pozwól, że się przedstawię: notki "O mnie" i "Kontakt" znajdziesz w Archiwach - Styczeń 2013.

Zapalenie opon zimowych – felieton karolakowy

Każdy kocha zmiany, ale… u innych, nie u siebie. Zmiany są dobre, wspaniałe są zmiany! Pod warunkiem, że dotykają cudzej rzeczywistości, nie mojej. O, jakimże cudownym wynalazkiem jest ludzkie oko! Własne oko widzi cudze błędy jak na dłoni, za to belki wbitej w siebie, to jest w gałkę, nie widzi – indywidualna percepcja jest wybiórcza jak maszyna losująca Lotto.

zapalenieoponzimowych

Swego czasu zgłosił się do mnie pewien przedsiębiorca świadczący określone usługi, filarem jego działalności był kontakt z klientem. Przez dwadzieścia lat firma prosperowała znakomicie, dobre imię firmy zapewniała tzw. poczta pantoflowa (do dziś szalenie silna dźwignia reklamy i handlu, ale już niewystarczająca, nawiasem mówiąc). A potem czasy się zmieniły.

Rozwinął się Internet, no i przede wszystkim wymieniło się pokolenie, a więc i obyczaje podległy przemianom, różne obyczaje – choćby podejście do życia i świadomość społeczna, oględnie powiedziawszy.

Zatem pan przedsiębiorca zorientował się dość gwałtownie, że ma anachroniczną stronę WWW, że nie ma odpowiednio nowoczesnych materiałów informacyjnych i reklamowych, ba! Nawet siedziba jego firmy nie była oznakowana, latami ludzie trafiali pod właściwy adres tylko dzięki wzajemnym pantoflowym rekomendacjom – był to szary bezosobowy budynek z wielką ścianą od frontu, która aż krzyczała, by wyeksponować na niej jakąś piękną, zmyślną tablicę reklamową…

Pan zgłosił się do mnie, bo szukał – cytuję! – „nie rzemieślnika, lecz artysty, wizjonera, który zaproponuje mu szeroki wybór unikalnych rozwiązań estetycznych i merytorycznych, które sprawią, że firma ożyje, że stanie się widoczna fizycznie i w lokalnych mediach oraz w sieci”. I tak… trafił do mnie – z setką problemów do rozwikłania, jakie narosły latami w głębokim procesie zaniedbania. Z setką problemów wszelkiego typu, spośród których na potrzeby tego artykułu mogę wyróżnić dwie główne osie – oś plastyczną i oś tekstową.

Na każdy problem przedstawiałam od trzech do dziesięciu pomysłów, jak problem ugryźć. Zadaniem pana było jedynie wybrać najlepiej do niego przemawiającą propozycję – czyli „klepnąć” dany pomysł, abym mogła rozpocząć jego wdrażanie w czyn.

Treści pisane – wdrażałam sama. Pomysły plastyczne wymagały podwykonawców, których poszukiwaniem również miałam się zająć. Umówiłam się z panem na konkretny zakres obowiązków, po czym sporządziliśmy stosowny cyrograf i oboje się pod nim podpisaliśmy.

Nasze wstępne, a nawet te nieco późniejsze rozmowy były bardzo pozytywne, sprawiały też wrażenie świetnie rokujących na przyszłość. Pan zachwycał się rozległym spektrum idei, które regularnie mu dostarczałam i referowałam, z entuzjazmem klepał to, co klepał, co najbardziej mu się podobało. Cudownie! Kłopoty zaczęły się „w chwilę” później…

Wtedy, kiedy przychodziłam na kolejne spotkanie z pakietem gotowych szkiców, grafik koncepcyjnych etc., sporządzonych oczywiście w ścisłej wierności wobec naszych dotychczasowych ustaleń. I wtedy pan popadał w popłoch, marudził, kręcił nosem, zgłaszał poprawki…

Na bieżąco nanosiłam poprawki, ale pan nigdy nie był zadowolony – raptownie powracał myślą do innych moich wariantów, propozycji, które wcześniej odrzucił. Mówił: „a może jednak zróbmy tamto, pani Justyno. Wiem, że zdecydowałem się na co innego, ale jak teraz o tym myślę, to raczej wolałbym tamto”. Nie powiem, że łatwo się z tym godziłam, bo przecież umówiliśmy się na co innego i praca koncepcyjna nad tym czymś pochłonęła już wiele moich godzin. No ale klient – mój pan. Trudno, w porządku…

Wracam do domu i szykuję drugą partię konceptu – rozwiązania tego samego problemu, ale całkiem innym sposobem. Przygotowuję dziesięć szkiców koncepcyjnych do wyboru, do koloru – rzecz jasna ściśle według wcześniejszych, drugich z kolei, ustaleń. Wybija godzina następnego spotkania…

Pan ogląda, wertuje dziesięć świeżych szkiców… Nieee… „Pani Justyno, niezupełnie jestem przekonany. Spróbujmy tamto-tamto może”…

– Które tamto-tamto? – pytam. – Tamto-tamto z pierwszej długiej listy propozycji, które pan odrzucił?

– Tak, właśnie to!

– To w końcu: to czy tamto-tamto?

– No to, to znaczy tamto-tamto, mówię przecież.

– Jest pan pewny? – dopytuję. – Bo mnie teoretycznie powinno być wszystko jedno. Pracuję dla pana od trzech tygodni, podpisaliśmy umowę współpracy, i pan mi za te trzy tygodnie zapłaci. Jednak zwracam pana uwagę, że w sposób raptusowy wycofuje się pan z naszych ustaleń. Ja panu narysuję i rozpiszę tamto-tamto, tylko niech pan uzmysłowi sobie, że zajmie to kolejne trzy tygodnie. Co w sumie da półtora miesiąca bezowocnej współpracy. W tej chwili ten dzisiejszy koncept powinien być przez pana ostatecznie zatwierdzony, aby jutro z rana można było zlecić go podwykonawcy. W ciągu tygodnia miałby pan gotową rzecz, która zaczęłaby panu procentować, nęcić nowych klientów…

W sumie nasza współpraca zajęła dwa miesiące, w trakcie których – z punktu widzenia pana – kompletnie nic się nie działo. Pan nieustannie zmieniał zdanie, reagował histerycznie – z jednej strony mnie poganiał, wywierał presję, z drugiej hamował, odwoływał koncepty, wpychał mnie w inne rewiry…

– Pamięta pan ten dzień, kiedy do mnie zadzwonił? – zapytałam po dwóch miesiącach. – Pamięta pan, jak się zarzekał, że poszukuje wizjonera? No i jak się to ma do rzeczywistości? Zechce mi pan wyjaśnić? Wysypuję panu pomysły jak z rękawa. Może pan w nich przebierać jak w ulęgałkach. No ale potem po to się spotykamy, żeby pan wybrał, dopowiedział swoje trzy grosze. A następnym krokiem powinna być realizacja. Czas realizacji nie jest czasem zmian przecież, a etapem wykonawstwa. Musi pan to zrozumieć, inaczej nigdy nie posunie się pan naprzód. No i ze mną, to jeszcze pół biedy. Ale co sobie pomyśli, jak zareaguje podwykonawca? Kiedy będzie miał pocięte wszystkie materiały, kiedy będzie w połowie albo w trzech czwartych realizacji dla pana, a pan mu wtedy powie, że jednak nie. No i co wtedy? Ktoś potnie panu listewki pod odpowiednim kątem, ściśle zgodnie z projektem, wkręci miliony śrub, a pan powie: nie chcę, chcę coś innego. I co wtedy? Otóż wtedy nie będzie tak lekko, gładko, jak ze mną. Będzie pan płacił podwójnie, za jedną i tę samą rzecz – za podwójne materiały i podwójne godziny robocze. Jak pan to sobie dalej wyobraża?

– No bo wie pani, pani Justyno – pan przedsiębiorca nareszcie zdobywa się na szczerość, i to podwójną: względem mnie, i względem samego siebie – bo ja chyba tak naprawdę nie chcę wprowadzać do firmy żadnych zmian.

– Ale przecież to nie ja przyszłam do pana po pracę. To pan znalazł mnie, to pan pragnął renowacji, a wręcz istnej rewolucji – przypominam mu, z najszczerszym pod słońcem, największym zdziwieniem, na jakie mnie stać. – To pan narzekał, że starzy klienci odchodzą, że nowi nie przychodzą. Że to kuleje, że tamto przestarzałe i do niczego, że przydałoby się to-tamto, że tamto-tamto byłoby wskazane…

– Tak, chciałem zmian, chciałem naprawić różne rzeczy, chciałem sięgnąć po nowe – zgadza się ze mną pan! – Ale to było wtedy, kiedy zmiany były daleko. A teraz, jak są coraz bliżej i bliżej, mam same wątpliwości. Ale jakby pani na następne spotkanie przygotowała jeszcze tamto-to-tamto, to wtedy ja się od początku zastanowię i może przekonam. Bo w końcu po to szukałem wizjonera, żeby proponował pomysły, żebym mógł wybierać.

Następnego spotkania nie było. Po tych bezpłodnych, depresyjnych [1] dwóch miesiącach – podziękowałam panu za współpracę.

Pewnego razu spotkałam go przypadkiem w warsztacie samochodowym. Była prawie połowa sierpnia, kiedy pan zdecydował się zmienić opony… zimowe na letnie!

Chciałabym w tym miejscu zawołać: kurtyna!

Ale nie zawołam…

Chcę dodać, że zachowanie pana, wbrew pozorom, nie jest niczym specjalnym. Wie o tym każdy, kto wykonuje jakikolwiek zawód kreatywny. Każdy artysta. O tym, jak spotyka się ludzi, którym zbyt łatwo chce się korzystać z walorów cudzego umysłu. Którym za naturalnie się wyobraża zmiany we własnym życiu, a którzy oczekują, wymagają i żądają, że ktoś inny – twórca – weźmie odpowiedzialność za nich, za ich decyzje i samopoczucie.

Bo gdybym ja naciskała, pan przedsiębiorca by mi uległ – wraz z rozwojem wypadków w okresie owych dwóch miesięcy udało mi się zaobserwować, że pan ewidentnie wyczekiwał sytuacji, kontekstu, w których mógłby mi ulec. On nie szukał współpracownika, specjalisty, pomysłodawcy, kreatora, czy kogo tam jeszcze, jak deklarował – on łaknął kogoś, kto z jednej strony mu się podporządkuje, kto będzie zgadywał jego myśli i wypełniał każdą fantazję, a kto z drugiej strony poniesie wszystkie konsekwencje tego, na co się umówiliśmy, co stanowi przedmiot naszej dyskusji. Tymczasem to nie była moja firma – to nie było moje życie…

W tym warsztacie, do którego przyjechaliśmy przypadkiem, każde z nas z osobna i w prywatnej sprawie, pan udał, że mnie nie widzi. Podeszłam więc do niego, uśmiechnęłam się i powiedziałam „dzień dobry”. Zatrzepotał się jak mucha w dżemie, spojrzał na mnie nieprzytomnie zdumionym wzrokiem – och, jakiż kiepski z niego aktor! – a na poliki i szyję wstąpiły mu bordowe plamy. W jednej sekundzie zrobił się niczym biała bułka opalona przez durszlak. Był skrępowany, coś się w nim wyraźnie zagotowało…

… pomyślałam, że to był objaw zapalenia opon zimowych.

I teraz właśnie, spokojnym tonem, powiem: kurtyna.

Justyna Karolak

Felieton z dnia 12 listopada 2017 r.

Przypis:

1 – Słowa „depresja” użyłam w znaczeniu miana geograficznego, nie psychiatrycznego – prawdę rzekłszy, pisząc, wyobraziłam sobie, że spaceruję po Rowie Jordanu i popatruję beznamiętnym wzrokiem na Morze Martwe.

Komentuj