Justyna Karolak dziwi się światu. Tym napisem wita wszystkich tablica wjazdowa do miasta, jakim jest Karolakowo. A pod spodem, drobnym maczkiem, widnieje jeszcze dopisek: „Jaką cudowną rzeczą jest oko! Swoje uważam za prawdziwy miękki aparat fotograficzny, który robi zdjęcia nie świata zewnętrznego, lecz mojej najtwardszej myśli i myśli jako takiej”. Z pozdrowieniem dla Salvadora Dali, wita w swoim mieście, na osobistym blogu – Justyna Karolak. Zanim rozpoczniesz zwiedzanie, pozwól najpierw, że się przedstawię: notki "O mnie" i "Kontakt" znajdziesz w Archiwach – Styczeń 2013.
poniedziałek Grudzień 18th 2017
Justyna Karolak dziwi się światu. Tym napisem wita wszystkich tablica wjazdowa do miasta, jakim jest Karolakowo. A pod spodem, drobnym maczkiem, widnieje jeszcze dopisek: "Jaką cudowną rzeczą jest oko! Swoje uważam za prawdziwy miękki aparat fotograficzny, który robi zdjęcia nie świata zewnętrznego, lecz mojej najtwardszej myśli i myśli jako takiej". Z pozdrowieniem od Salvadora Dalego, wita w swoim mieście, osobistym blogu Justyna Karolak. Zanim rozpoczniesz zwiedzanie, pozwól, że się przedstawię: notki "O mnie" i "Kontakt" znajdziesz w Archiwach - Styczeń 2013.

Zarobki pisarzy w Polsce – refleksja karolakowa

Temat niskich zarobków pisarzy w Polsce od pewnego czasu przewija się przez rozmaite panele i fora dyskusyjne. Swego czasu, bodaj w roku 2014, osobliwy i wulgarny, facebookowy post pani pisarki Kai Malanowskiej wywołał żarliwe dyskursy i podzielone opinie…

O co tyle krzyku?

pisarz1

Osobiście, jako pisarz i po prostu jako człowiek, stoję po tej stronie, która twierdzi, że postawa, jaką zaprezentowała ww. pisarka – jest brzydka i niepotrzebna. Nikomu. Ani pisarzom, ani czytelnikom. Dziś jednak odniosę się szerzej do problemu niskich zarobków pisarzy, przy czym dodam w charakterze dygresji, że problem dotyczy wszystkich albo wielu dziedzin sztuki – różni artyści, nie tylko pisarze, bardzo często zderzają się z opiniami, że ich praca nie jest pracą, tylko talentem czy pasją, w związku z czym nie powinni liczyć z jej tytułu na profity finansowe. Całość tego problemu, rozumienia zjawiska, jakim jest sztuka, oraz bytu, człowieka, jakim jest artysta, jest bardzo złożona – na tego rodzaju tematy powstały tomiszcza licznych filozofów… Spróbuję toteż odnieść się do problemu krótko, zapewne więc i dość powierzchownie, ale myślę, że mimo uproszczeń i skrótów myślowych, wniosę do dyskursu społecznego dotyczącego tego problemu świeże trzy grosze.

Czy pisarz pracuje w niedzielę?

pisarz2

Po pierwsze to, że ktoś zadedykował całe swoje życie sztuce, na przykład literaturze – to, że ktoś postanowił, zadecydował i wdrożył w działanie, że będzie szedł przez życie jako artysta, jak najbardziej uprawnia go do tego, by w oczach społeczeństwa zasłużył na opinię normalnego, ciężko pracującego człowieka, a nie lenia. Nie chcę w tej chwili nadto rozwodzić się nad tym wątkiem, powiem zwięźle: pisanie – w rozumieniu tworzenie np. literatury – boli. To uporczywy, wycieńczający wewnętrznie codzienny proces. Nie jest to praca fizyczna, nie eksploatuje organizmu w sposób fizyczny, dosłowny, ale kosztuje olbrzymie nakłady wysiłków intelektualnych i emocjonalnych (jak każda praca artystyczna). Owszem, bycie pisarzem bywa satysfakcjonujące – ja także jestem pisarzem dla satysfakcji, a nie dla cierpienia – ale jest wyczerpujące i wymaga od człowieka solidnych wyrzeczeń oraz brawurowej i żelaznej wierności wobec swoich własnych pierwotnych ustaleń.

Pisarzem nie jest się w niedzielę – dla chwilowej frajdy, dla radości z pisania. Piszę, bo lubię, bo sprawia mi to przyjemność, bo mogę – pisarz tak nie myśli. Pisanie nie jest formą zabicia czasu czy formą radosnego spędzania czasu wolnego. Ten, kto co dzień nie zaciska zębów nad białą czystą kartką, kto nie zmusza się do pisania, kto nie egzekwuje od siebie pisania, lecz siada do pisania czasami, zależnie od kaprysu, ochoty lub tzw. weny – to nie pisarz, tylko, istotnie: hobbysta.

Pisarz zmaga się ze słowem pisanym, pisarz walczy o jakość swojego słowa pisanego, pisarz „pastwi się” nad sobą – nieustannie, codziennie zmuszając swoją głowę do intensywnego, głębokiego, niewdzięcznego myślenia na trudne tematy. A taka postawa życiowa jest pracą.

Pisarz pracuje „zawsze”, ponieważ nawet podczas wakacji, podczas świątecznego obiadu z rodziną, podczas oczekiwania na przystanku na autobus, podczas rozwieszania prania… pisarz „zawsze” przenikliwie obserwuje ludzi, świat, siebie. Pisarz „zawsze” słyszy język – ma ucho do dialogów. Pisarz swoimi zmysłami i intelektem odbiera i rejestruje tak wiele niuansów płynących z otoczenia, że zakrawa to na absurd – że mało kto by uwierzył. A potem pisarz siada do biurka i porządkuje tę wielką kipiel wchłoniętych w siebie danych, informacji, odcieni. I rzeźbi w nich – popełnia wytężoną orkę po to, aby nadać im nowe znaczenia. A słowo „zawsze” ubieram w cudzysłów tylko dlatego, że pisarz też człowiek – a więc i on czasami, choć drastycznie rzadko, koniecznie potrzebuje „wyłączyć się”, odrzucić „wszystkie” myśli. Ale to okropnie rzadko występująca sytuacja.

Noc, dzień, noc i spóźnione urodziny

pisarz3

Pisanie – w rozumieniu pisarza – nie polega na notowaniu jednym ciągiem mnóstwa literek, które ostatecznie ułożą się w logiczny ciąg słów, zdań. Bycie pisarzem nie polega na niebyciu analfabetą. Bycie pisarzem polega na specyficznym myśleniu, a fizycznie istniejący akt w postaci literek – wyłania się na samym końcu. Wyłania się z dziwnej – i pięknej, i jednocześnie przerażającej – podróży odbytej w wyobraźni, gdzie jak w kociołku z wrzącą zupą gotują się i filtrują różne sprawy i rzeczy.

Pisarz pisze po nocach – tak się dzieje, kiedy za dnia musi iść do tak zwanej normalnej, zwykłej pracy, żeby zarobić na chleb, czynsz i buty na zimę. Pisarz pierze, gotuje i sprząta. A na deser – siada do pisania, czyli do drugiego bądź trzeciego etatu.

Pisarz, aby móc pisać, aby móc dostarczyć ludziom, światu powieść, książkę, oddala się od rodziny, nie bawi się, nieczęsto widuje się z przyjaciółmi, równie nieczęsto do nich telefonuje czy pisuje mejle. Bo tego wycofania wymaga od pisarza jego zawód, jego praca.

Niektórzy przyjaciele potrafią tę izolację pisarza z życia rodzinnego, towarzyskiego zaakceptować – ci ludzie przy pisarzu zostają na lata. Tolerują, że czasem za długo czekają na telefon i na spotkanie, że czasem ich przyjaciel pisarz dzwoni do nich z życzeniami urodzinowymi w dwa tygodnie po urodzinach – bez wątpienia nie jest im przyjemnie w okresach tego oczekiwania na ukochanego przyjaciela, ale rozumieją i akceptują go w jego aspołecznej i introwertycznej postaci. I robią to z dwóch poważnych powodów:

Po pierwsze dlatego, że szanują to, że ich przyjaciel próbuje wnieść do świata nową wartość – że w tych mozolnych chwilach, kiedy pisarz milczy, kiedy ziemia się pod nim zapada, on usiłuje zrobić coś dla ludzkości, nie dla siebie.

I po drugie dlatego, że kiedy przyjaciel pisarz wydobędzie się w końcu spod ziemi, kiedy przyjedzie z wizytą – skupi całą uwagę na swoich przyjaciołach, nie na sobie, im odda całego siebie.

Ów czas z przyjacielem pisarzem, choć tak rzadki, choć tak długo, smutno wyczekany, kiedy już nastaje, kiedy się dzieje – jest odżywczy. Przepływa przez ten wspólny czas tyle sympatycznych uczuć, tyle bliskości, że wystarcza na następną przydługą rundę rozłąki. Niektórym – nie wystarcza. I ci ludzie z życia pisarza znikają. Nie wytrzymują napięcia. Mają do tego prawo. Natomiast ci, którzy przy pisarzu, z pisarzem zostają, czynią to w pełni świadomie, na dobre i na złe.

Złe jest wtedy, kiedy pisarz z życia znika. Dobre jest wtedy, kiedy wraca – wtedy przynosi ze sobą ciepło i zdumiewający, inspirujący rodzaj „światła”. Każdy, kto przyjaźni się z artystą, znakomicie wie, o czym mówię – kontaktu z owym „światłem” nic nie zastąpi, ono wynagradza wszystko. No i dobre jest również wtedy, gdy po latach męki pojawia się pierwszy „sukces” – na przykład spotkanie autorskie, odbiór nagrody literackiej… Wierni przyjaciele pisarza towarzyszą mu w celebracji tych chwil, i rozpiera ich duma z przyjaciela – to wyjątkowo cudowne momenty, cudowne dla obu stron: dla pisarza i dla jego przyjaciół, rodziny. Pisarz jest szczęśliwy, że ich nie zawiódł, że jego trud się opłacił – że nie „osierocił” ich po nic, na próżno. Przyjaciele są szczęśliwi, że przyczynili się do sukcesu pisarza – byli cierpliwi, dali mu wolność, nie kierowali do niego wyrzutów, a więc pośrednio także dzięki nim w rezultacie powstało coś dużego, coś docenionego przez świat.

No więc, mili Państwo, nie można o człowieku, który podporządkowuje pod swoją pracę niemalże wszystkie dziedziny życia – z ludźmi, którzy go kochają i których on kocha, na czele! – mówić, że jest leniem, darmozjadem, egoistą. Pisarz poświęca całe swoje życie pisaniu, tworzeniu literatury, bo wierzy, że tkwi w tym sens – nie dla niego samego, ale dla innych. Obojętne, czy chce innych bawić, przynosić im rozrywkę, humor, czy chce innych poruszać, wzruszać, przynosić im opowieści dramatyczne, czy też może chce wywrzeć jakiś wpływ na losy świata – wtedy pisuje problematykę społeczną, staje się badaczem zatrważającej liczby faktów, tarć geopolitycznych, ludzkich historii… obojętne. Za każdym razem pisarz stoi na ostatnim planie – nigdy nie chodzi tylko o niego czy zwłaszcza o niego, zawsze chodzi przede wszystkim o innych. O cudze uczucia, cudze wrażenia, cudzy komfort. No więc powiedzieć o takim człowieku, że jest leniem i egoistą, że jest darmozjadem niezasługującym na zapłatę za swoją pracę, to naprawdę źle ogrzane piekło [1].

A ilu ludziom pisarz „daje” pracę! Korektorzy, redaktorzy, edytorzy, wydawcy, drukarze, księgarze, recenzenci, krytycy literaccy… Oczywiście nie pisarz ich zatrudnia, ale chyba nikt nie żywi wątpliwości wobec faktu, że bez pisarza – te zawody nie miałyby racji bytu.

Czym pisanie różni się od opieki paliatywnej
i górnictwa?

vintage-old-book-document

Z drugiej zaś strony nie sądzę, że powinnam zarabiać więcej od polskiego górnika. To on, nie ja, codziennie naraża swoje zdrowie i życie – naraża dosłownie, fizycznie. Tyra w wybitnie ekstremalnych warunkach, niedotlenionych, pod ziemią. Nosi przedmioty tak masywne, pracuje tak siłowo, że w porównaniu z jego orką – moja intelektualna orka jest jak kichnięcie, jak chichot losu. I dlatego też uważam, że pisarze – twórcy literatury pięknej i popularnej – powinni pogodzić się z faktem, że ich zawód stanowczo nie jest zawodem pierwszej potrzeby społecznej!

Tak, moi drodzy: wybrałam, że będę pisarzem, a to wybór na dobre i na złe. Ale nie jestem światu potrzebna tak, jak górnik, piekarz, budowniczy, rolnik i lekarz. I dlatego nie przejawiam postawy roszczeniowej wobec świata – jest mi ona totalnie obca.

Mało tego! Zaliczam się do grona tych pomyleńców, którzy piszą za darmo – z premedytacją! Udostępniam w sieci całe darmowe powieści, opowiadania, baśnie. Praca nad jedną baśnią dla dzieci, to pół roku pisania i redagowania. I drugie tyle na pracę plastyka, który ilustruje mnie również bezpłatnie. Praca nad jedną powieścią – w moim przypadku – wynosi od roku, półtora do dwóch, dwóch i pół lat, czasem trzech.

A robię to, publikuję darmowe teksty po to, by rozdawać czytelnikom prezenty – bo jestem przewdzięczna każdemu czytelnikowi, który wcześniej wydał swoje w pocie czoła zarobione pieniądze na moją papierową książkę. I owszem, będę jeszcze wydawała tradycyjne papierowe książki przy współpracy z wydawnictwami, będę chciała otrzymywać należne mi 12, a może tylko 10 procent, bo marzę o tym, by tworzenie literatury przynosiło mi normalny, zwykły dochód. Bo muszę kupować chleb i opłacać czynsz w wynajętej norze mieszkalnej. Ale oprócz tego zamierzam kontynuować rozdawanie prezentów literackich – bo chcę okazać wdzięczność za ten dar, jakim jest każdy pojedynczy czytelnik.

Tak, to prawda, że zarobki pisarzy w Polsce są niskie, prawie że żadne (zarabiają wyłącznie jednostki najbardziej znane, bo „mieć nazwisko” gwarantuje spory nakład, który się sprzeda). Tak, to prawda, że wierzę w to, że moja praca artystyczna jest ważna, że wnosi do rzeczywistości pewną wartość – oryginalną, nową odsłonę starych problemów. Tak, to prawda, że od lat borykam się ze statusem materialnym, który określiłabym mianem „względnej biedy”. Tak, to prawda, że chciałabym móc utrzymywać się z pisania; chciałabym nie musieć do końca swego marnego życia parać się innymi zajęciami, innymi pracami. Ale, w przeciwieństwie do moich niektórych kolegów pisarzy, jestem świadoma, że większość Polaków funkcjonuje w podobnej do mnie „względnej biedzie” – innymi słowy: jestem świadoma tego, że zarobki w większości prac w Polsce są boleśnie znikome. Dlatego uważam, że nie mam moralnych uprawnień do tego, aby domagać się czy żądać więcej – bo prawie nikt spośród obywateli dookoła nie posiada więcej.

Nie posiada więcej samotna młoda mama harująca przez 12 godzin dziennie w hipermarkecie. Moje życie nie jest, nie może, nie powinno być cenniejsze od jej życia i życia jej dziecka.

Nie posiada więcej opiekunka osób starszych i niepełnosprawnych. A jej praca ratuje drugiemu człowiekowi zdrowie albo uśmierza cudze cierpienie psychiczne i fizyczne. Moje życie nie powinno być oceniane jako cenniejsze od życia tej opiekunki. Pomyślmy o tych ludziach, którzy podejmują się opieki paliatywnej – to ich praca zasługuje na najwyższe wyróżnienia i zaszczyty.

To są zawody pierwszej potrzeby społecznej: uprawa warzyw, praca na roli, pewnienie ludziom pokarmu. Karmienie, ubieranie, opieka, leczenie. To są filary wśród profesji. Książki nie kupi ten, komu doskwiera głód – ten, kto nie prowadzi bezpiecznej pod względem finansowym egzystencji. I dlatego piszę i publikuję również za darmo – bo chcę, żeby ta samotna mama, której nie stać, miała co poczytać swojemu dziecku na dobranoc.

Wojna, biurko i waga

pisarz4

Mam wielki szacunek do pisarzy, którzy piszą literaturę faktu, a konkretnie – reportaże. A jeszcze konkretniej: reportaże wojenne. Ja jestem wymyślaczem [2] – moja literatura piękna podług tekstów napisanych przez korespondentów wojennych, przez reporterów, wydaje się śmiesznie lekka. Reporter, który wykonuje swoją pracę z najwyższym oddaniem, który zostawia w domu żonę i dziecko, który wie, że może ich więcej nie ujrzeć, a mimo to – opuszcza ich, wyrusza do świata, w którym nie zawiera się nic pewnego, w którym obok ucha świszczą kule z karabinów, z którego to świata może nie powrócić, i robi to „tylko” po to, abym ja czy Ty, abyśmy uzyskali dostęp do skrawka trudnej prawdy o świecie, taki pisarz zasługuje na potężne docenienie w formie także profitów finansowych. No więc uważam, że moje życie nie powinno być oceniane wyżej od życia człowieka, który opisuje wojnę, jaką osobiście przeżywa, doświadcza na swojej skórze.

Rzecz jasna nie jest i tak, że próbuję wycenić ludzkie życia, jakbym kładła je na szalkach wagi aptecznej. Pewnie, że człowieczeństwa nie wpisuje się do arkusza kalkulacyjnego, nie mierzy linijką ani cyrklem. Nie da się sprawiedliwie porównać ludzkich żyć – każdy na własny sposób, na prywatną miarę styka się z kłopotami rozmaitej natury; każdy gromadzi swoje doświadczenie, także to związane z ciężarem pracy, z wysokością rachunków, świadczeń, z wyrzeczeniami. Nie chcę porównywać Ciebie i mnie, opiniować, które z nas robi więcej dla innych, które jest ważniejsze – zupełnie nie to jest moją intencją. Powiedzcie jednak, czy nie mam trochę racji. Czy to w porządku, że np. pisarska Iksińska, która stworzyła kilka powieści obyczajowych opowiadających o uczuciach, relacjach między kobietami a mężczyznami, które to powieści oetykietowano modną frazą „proza psychologiczna”, publicznie krzyczy, bluźni, że zarobiła za mało? Czy takie zachowanie nie obraża czytelników, którzy wydali pieniądze na książki tej pani – którzy umożliwili jej jakikolwiek zarobek? Pozostawiam tę kwestię Waszym rozważaniom – rozprawcie się z nią, jak uznajecie za stosowne.

Zarobki pisarzy w Polsce są znikome, to prawda, i dlatego tak wielu ludzi piszących i aspirujących do bycia pisarzami zmuszonych jest zarabiać na życie inaczej. Ja, żeby nie umrzeć z głodu, zostałam redaktorem, a więc pracuję z różnymi autorami, razem męczymy się nad tekstami, starając się uczyniać je jak najlepszymi, najmilszymi w czytaniu – a po godzinach etatowych zasiadam do pisania swoich książek oraz innych projektów literackich i publicystycznych. Inni pisarze piszą artykuły blogowe, teksty firmowe i hasła reklamowe na zlecenie, jeszcze inni prowadzą warsztaty pisarskie, a jeszcze inni nawiązują współpracę z czasopismami i serwisami internetowymi. I to jest jak na polskie warunki bardzo dobrze, kiedy tak się w życiu pisarza dzieje – kiedy wprawdzie jeszcze nie zarabia na swoich powieściach i nadal musi je tworzyć po godzinach, natomiast już udało mu się podjąć „pracę w literkach” czy „pracę wokół literek”.

Chcę zaakcentować ten fakt: to już jest bardzo dobrze, autentycznie wypada to docenić. Ładnie, ciekawie wypowiadał się na ten temat Łukasz Orbitowski; w jednym z wywiadów mówił, że z pisania powieści faktycznie trudno się utrzymać, ale jeżeli pisarz jest konsekwentny, jeżeli działa – robi swoje, to jego społeczny status pisarza z czasem umożliwia mu podjęcie okołoliterackich prac, które przynoszą pieniądze. Bardzo się z panem Orbitowskim zgadzam – no i właśnie ten typ pisarza szanuję: zero tupetu, zero szpetnej postawy roszczeniowej, za to świadomość swoich mocnych i słabych stron oraz realiów wokół.

Blogerzy – pisarze czy przedsiębiorcy?

pisarz6

Kolejną warstwę tego problemu, kto ile w Polsce zarabia i dlaczego tak mało – stanowi blogosfera. Od pewnego czasu różni przepowiadacze prognozowali rychły upadek blogosfery – podobno literki umierają i nastała era jutubera – tymczasem blogerzy wciąż mają się świetnie, to znaczy: niezmordowanie blogują, ba! Blogów stale przyrasta, mnożą się i puchną jak grzyby po deszczu.

Mam ogromny, uczciwy sentyment do blogosfery. Znam parę blogów, które uznaję za szalenie wartościowe, interesujące i czytuję je z prawdziwą przyjemnością. Ale sentymentem darzę nawet te blogi, blogaski i blogątka, na które trafiam przypadkowo i które pod względem treści i językowym wydają mi się dość ubogie – jednak możliwość zaobserwowania, jak myśli, jak postrzega świat drugi człowiek, którego w przeciętnych okolicznościach przyrody wielkomiejskiej mijam na ulicy w milczeniu, no bo się nie znamy, cenię sobie mocno, mocno. W dodatku możliwość tę otrzymuję za darmo, bo wszak siedzę sobie beztrosko w domowych pieleszach, pidżamie i bamboszach – a tu obcy człowiek otwiera mi drzwi do swego świata, zaprasza do środka, zwierza się…

Za to właśnie uwielbiam blogosferę, jako jej użytkownik – za to, że stwarza mi nową unikalną możliwość obserwowania świata. A jako bloger – uwielbiam blogosferę za to, że mogę w niej odrobinę intelektualnie odpocząć, odetchnąć. Że mogę na blogu opublikować coś prostolinijnego, coś wprost – o literaturze, o języku, ale przecież przede wszystkim o życiu. O normalnym, zwykłym życiu.

Nie lubię tych blogerów, którzy ledwo odrośli od ziemi – ledwo blog założyli, a już obmyślają strategię marketingową, już biegną otworzyć specjalne konto w banku do przelewów z tytułu klikania w reklamy na ich blogu. Ich mózgi bez przerwy pracują dokładnie nad tym: jak zarobić – jak najszybciej; jak zarobić – ale coby się nie narobić, coby zyskać więcej luźnego czasu na życie prywatne; jak wymyślać tytuły wpisów blogowych, by okazywały się jak najbardziej clickbaitowe; i tak dalej – i tak dalej! I jeszcze sto innych marketingowo-finansowych aspektów blogowania ich nęci, wypełnia im myśli i, co najgorsze, serca.

Mdli mnie na widok wpisów, postów, artykułów skrojonych „językiem pod SEO”. A na tematy blogowania oraz biznesowego podejścia do pisania powstały i wciąż powstają liczne podręczniki, wydania książkowe. Dawno, dawno temu zastanawiałam się, któż w ogóle czyta te dziwaczne książkotwory? Ale dzięki cudowi mediów społecznościowych dowiedziałam się, że czyta je niemało osób, głównie blogerów i copywriterów – dowiedziałam się również, że coś takiego jak marketing oraz kołczing może być priorytetem ludzkich zainteresowań.

Dam dużo pieniędzy za jedną małą duszę

pisarz8

No więc moim skromnym, ale gruntownie przemyślanym zdaniem, bardzo brzydki to obraz świata, w którym myślenie o pieniądzach wypełnia człowiekowi piszącemu plan pierwszy. W tak marketingowo ugryzionym blogowaniu – duszy i rozumu siłą rzeczy musi być najmniej. Z tego typu blogów szybko uciekam – z kilometra razi mnie sztuczny język i tematy samograje. A ciekawe przy tym jest to, że to właśnie ci blogerzy odnoszą się do mnie z pogardą. Albo mówią mi na przykład tak: „No tak, ty akurat możesz sobie pozwolić na sztukę, na pisanie niszowe. Ja nie mogę, ja muszę na blogu zarabiać, bo mam dzieci”. Przyznam nader szczerze, że ten argument uchodzi w moich oczach za coś wręcz obrzydliwego. Po pierwsze nikt oprócz mnie nie wie, dlaczego nie mam dzieci, więc ludzie powinni się hamować w swych dziarskich popatrywaniach na rzeczywistość. Po drugie to, że nie mam dzieci, nie oznacza, że nie muszę jeść czy mieć gdzie mieszkać. Co o tym sądzicie? Czy to naprawdę fair – myśleć, że skoro ktoś nie ma dzieci, należy mu pozwolić na śmierć z głodu? Co to za pieprzony argument – że nie mam dzieci, to nie potrzebuję jeść, to moje życie nic dla nikogo nie znaczy?

No i w opisanej powyżej sytuacji szczerze zasmuca mnie jeszcze jedno: mianowicie to, że myślenie o materialnych aspektach bytu powszechnie interpretuje się w XXI wieku jako cnotę, przejaw racjonalizmu i równowagi wewnętrznej. Natomiast myślenie o swojej duszy – o umyśle, o walorach intelektualnych, o wartościach duchowych, najczęściej spotyka się z pogardą lub potępieniem albo szyderstwem. Serio, nie potrafię pojąć, co poszło źle od czasów oświecenia, od XVIII wieku, że zdobycze intelektualne mają dziś dla nas znaczenie drugorzędne albo bliskie zeru. Oczywiście szanuję to, że człowiek będący rodzicem na pierwszym miejscu stawia potrzeby dziecka, że kieruje się dobrem materialnym dziecka. Ale to nie jest tak, jak twierdzi ten człowiek – że on musi zarobić na blogu, no bo ma dziecko. Otóż nie, nie musi na blogu. Może iść do tak zwanej normalnej, zwykłej pracy – może wziąć na swoje barki to, co zazwyczaj biorą ludzie, żeby wykarmić potomstwo. A jeśli rzeczywiście czuje potrzebę blogowania – wspaniale, będę trzymała kciuki za jego sukces, ten finansowy: też. Pod warunkiem, że będzie zależało mu najpierw na prawdzie, a na ostatnim miejscu – na pieniądzach.

Inaczej mówiąc, zgadzam się w tym wypadku z panią Katarzyną Bondą, która rzekła: „Pisarzowi bardzo dobrze robi bieda”. Nie, nie skrajne ubóstwo, nie dojmująca nędza, lecz właśnie „względna bieda”. Gdy człowieka jedna skromna pensja dzieli od bankructwa, wtedy człowiek natychmiast uczy się celebrować każdą złotówkę, do każdej kromki chleba podchodzi z miłością. Wtedy żyje się w realnym świecie, nie w urojonym – a to jest kategorycznie istotne i dla jakości literatury, i dla zdrowia psychicznego samego pisarza, bowiem pisarz, jeśli jest aktywny, jeśli ponosi codzienny trud pisania, wówczas żyje w samotni, a z tego miejsca droga do szaleństwa, do popadnięcia w odklejenie od namacalnego świata, jest krótka. No i bogactwo rozpieszcza, nie motywuje, a brak motywacji nie sprzyja myśleniu i kreatywności – brak motywacji sprzyja stagnacji, odtwórczości i konsumpcjonizmowi. Ludzie majętni, którym chce się robić coś z myślą o innych, o obcych ludziach, to rzadkość wytrawna, istny biały kruk. Nie mówię o tym, że ktoś posiada miliony i regularnie przelewa coś na konta różnych organizacji charytatywnych – to jak podzielenie się z sąsiadem tabliczką czekolady. Świetnie, jeśli bogacz robi choć tyle, ale to jeszcze nic niezwykłego. Niezwykłością byłoby dopiero posiadać gigantyczne pieniądze i – nie rozpuścić się mentalnie, lecz wciąż próbować coś budować. I tych ludzi, którzy nie pozwalają pieniądzom na rozcieńczenie własnej duszy – szanuję.

Kość, marzenie i szczęśliwy los na loterii

pisarz7

Wiem, że miało być krótko, a wyszło długo… Nie, to nie do końca prawda. Na tak złożony temat można by napisać doprawdy długi, obszerny tekst, dotknąć jeszcze większej puli różnych zjawisk, wejść tym zjawiskom głęboko pod skórę, wniknąć aż do kości… Nie podejmę się tego zadania. Nie tym razem.

Miałam tylko takie małe marzenie. Marzenie, że napiszę, co napisałam, co właśnie czytasz. Marzenie o tym, że zainspiruję kilku ludzi do tego, by zastanowili się nad sobą, nad swoim sensem. Marzenie, że ta sprowokowana przeze mnie autorefleksja doprowadzi ich do bólu głowy. Po to, żeby zrozumieli, że myślenie boli. I że w wyniku swych przemyśleń można dojść do prostej konkluzji mówiącej o tym, że kolejność czynności to w życiu rzecz ważna. I że zabieranie się za dany zawód od strony pieniędzy najpierw – nie jest powodem do dumy. I że wybitna jakość działań, że sztuka, że literatura zmieniająca oblicze świata – raczej nigdy w historii nie rodziła się z dotacji, z grantów, tylko z myślenia pełnego pasji i pracy. I że wybitni artyści na docenienie pracowali zwykle grubymi dekadami, a czasem przez całe życie, aż do ostatniej sekundy…

Proszę: pomyślcie o tym wszystkim choć trochę. Pomyślcie o tym chociaż raz. I dopiero potem samodzielnie zadecydujcie, czy wolicie być ludźmi pokornymi i użytecznymi, czy charyzmatycznymi i roszczeniowymi. Niech to będzie Wasz najszczerszy, prawdziwy wybór tego obrazu człowieczeństwa, które chcecie, aby przykleiło się do Was, by trwale zrosło się z Waszą skórą.

A jak już się zdecydujesz, kim chcesz zostać na dobre i na złe, to spróbuj choć od czasu do czasu zobaczyć siebie w lustrze takim, jakim jesteś, a nie, jakim sobie wyobrażasz czy życzysz. Jak zostaniesz słynną topmodelką, to nie opowiadaj w wywiadach, że w Twojej pracy bardzo ważna jest inteligencja, bo to zwyczajnie nieprawda. Może życzysz sobie, żeby tak było, ale w Twojej pracy liczy się ciało – wzrost, wymiary i rysy twarzy, a nie umysł. I analogicznie w byciu pisarzem – nie myślenie marketingowe, nie profity finansowe są najważniejsze, tylko całkiem co innego…

Nawet z moimi niskimi zarobkami uważam się za szczęściarę. Wiem, że wygrałam los na loterii życia – czuję się pięknie uprzywilejowana. Mogę być pisarzem. To jest dar. To, że nie muszę harować mięśniami, że wolno mi podzielić się ze światem czymś innym, czymś nowym, czymś, co wymyśliłam, co opisałam – to jest przywilej. Sam w sobie, nawet bez widowni. I bez dużej kasy – taka normalna, zwykła w zupełności wystarczy.

Justyna Karolak

Refleksja z dnia 15 listopada 2017 r.

Przypisy:

1 – Parafraza Kisiela. Felieton pt. O twarzach.

2 – „Wymyślacz” to słowo użyte przez Ryszarda Kapuścińskiego w Autoportrecie reportera.

Komentarze czytelników

20 komentarzy do “Zarobki pisarzy w Polsce – refleksja karolakowa”

  1. ~Władysław pisze:

    Witam.
    I absolutnie nie zgadzam się z Twoim podejściem do pisania. Kojarzę to z pewną piosenką „każdy może śpiewać…” co wcale nie oznacza, że każdy może za to dostać jakieś pieniądze. Pisanie darmowe to pewnego rodzaju pułapka psychiczna, „że wyrobie sobie nazwisko a późnej będę na nim zarabiać.” Absolutnie NIE przyjmuję tego do wiadomości. Pisanie jest pracą i to wykonywaną [jak słusznie zauważyłaś] w czasie kradzionym rodzinie, znajomym, sobie i swego zdrowia. A skoro jest to dodatkowa praca, każdy powinien otrzymać za nią jakąś zapłatę. Nie mówię, to o jakiś wymiernych granicach, ale każdy powinien otrzymać za nią jakieś wynagrodzenie – choćby nawet najmniejsze lub jak wolisz symboliczne. Możesz sama zdecydować, czy chcesz komuś sprezentować swoją pracę w formie prezentu, ale nie powinniśmy dawać wszystkim wszystko za darmo, bo nie będą doceniać naszego wysiłku, a co gorsze uwierzą, że IM wszystko należy się za darmo. Stąd już krótka droga do „chomikowania”,”tagerowania” i zwykłego złodziejstwa, „bo przecież są tacy co udostępniają swoje utwory za darmo”, więc inni także powinni. Niech będą dający za darmo ale to absolutnie nie usprawiedliwia, że chcemy tej samej darowizny od innych, a jak jej nie mamy to dana osobą wyszuka sobie interesujący go tytuł w internecie i ją sobie ściągnie. Powinniśmy raczej wpoić w świadomość czytelników, że trzeba płacić – choćby grosze, ale płacić bo w ten sposób okazujemy uznanie dla pracy tego czy innego Autora. Nikt nie musi się ze mną zgadzać, ale tak właśnie uważam i tak robię.

    • Dziękuję za podzielenie się swoją postawą – wzbogaci ona dyskurs :) .

      Marzę o tym, żeby móc utrzymywać się w całości z pisania, ale to długa, wyboista i niepewna droga. Uważam tak, jak uważam, jak wyraziłam w artykule – rzecz jasna nikt nie ma obowiązku się ze mną zgadzać, ale ja również nie mam życzenia podchodzić do tworzenia literatury z fantasmagoryczną, a zapewne bezpłodną, nadzieją, że od razu czy nawet kiedykolwiek będzie mi dane zarabiać na powieściach tyle, by móc godnie żyć.

      Idę powoli do swoich marzeń i celów, po drodze nie waham się podarowywać (za darmo) ludziom tyle z moich literackich krain, ile mogę, nie zamierzam też swoimi artykułami stwarzać młodym ludziom aspirującym do zostania pisarzami iluzorycznych nadziei, w żaden sposób niepopartych realiami, że na pewno z pisania powieści w Polsce można godnie żyć. Nie, nie można – to wybitna rzadkość przynależna zaledwie kilku (może kilkunastu) nazwiskom. Owszem, niech młodzi pisarze próbują się przebić i wybić – z całego serca i umysłu życzę tym utalentowanym ludziom wszystkiego wspaniałego! – ale prawda jest taka, że młody człowiek, który planuje napisać pierwszą powieść, a potem tworzyć literaturę zawodowo, nie napisze jej, jeśli chce czy musi samodzielnie się utrzymywać. Jak to sobie wyobrażasz, drogi Interlokutorze?…

      Że człowiek świeżo po studiach będzie mieszkał w dalszym ciągu u rodziców, na ich garnuszku, by móc napisać powieść? Jasne, skoro ma rodziców, którzy go wykarmią i skoro jego samego to nie obraża, że jest już dorosły, a nadal mieszka z rodzicami, zdany na ich płynność finansową, to wszystkiego dobrego. Ja mieszkałam sama i utrzymywałam się sama od 20. roku życia, od urodzin 18. do trzydziestych którychś napisałam 14 powieści – wszystkie powstały po godzinach, w nocy oraz w weekendy. Reymont pisał powieści bodaj w stróżówce przy przejeździe kolejowym, Philippe Djian swoją najbardziej znaną, znakomitą powieść pt. „37,2°” (która została zekranizowana, co przyniosło pisarzowi nazwisko i dochody) napisał w pracy na bramce autostrady, a była to bodaj szósta czy nie pamiętam która z kolei jego książka. Tego typu przykłady wśród pisarzy można mnożyć – i to tych przykładów jest w świecie najwięcej.

      Nie twierdzę, że artyści powinni pracować za darmo – w ogóle tak nie uważam! Mówię jedynie to, że sztuka, że artyzm wymagają od twórcy znalezienia w nich głębokiego sensu – intelektualnego i duchowego – aby miały wartość ponadfinansową. Gdybym miała dziecko, powiedziałabym mu, aby udało się na ten kierunek studiów, który je interesuje i fascynuje, a nie na ten, który ma najlepsze rokowania finansowe. Takie są moje priorytety: najpierw pasja, pieniądze na drugim planie.

      Pozdrawiam :) .

    • PS O piosence „Śpiewać każdy może” pisałam w zupełnie innym artykule, a konkretnie – w tym: http://karolakowo.blog.pl/2017/10/31/koszmar-redaktora-czyli-jak-skutecznie-wystraszyc-sie-na-halolin/

      Kompletnie nie rozumiem, skąd skojarzenie z tą piosenką w kontekście tego artykułu. Nie, nie każdy może pisać – do tego, by zostać pisarzem, niezbędne są specyficzne predyspozycje, przez niektórych zwane talentem, i nieustająca praca – zawsze tak uważałam.

    • Poza tym odnoszę wrażenie, że trochę nie zrozumiałeś mojego artykułu – być może nie przeczytałeś go w całości, być może po prostu nie zrozumiałeś, nie wiem…

      Piszesz, że nie powinniśmy wszystkiego wszystkim rozdawać za darmo – a ja przecież wcale tego nie napisałam, że wszystkiego :) . Jestem dorosłym, suwerennym człowiekiem i mam prawo puszczać w świat wybrane książki czy baśnie swego autorstwa – w postaci darmowych e-booków, i robię to z dużą przyjemnością. Inne książki wydaję w formie tradycyjnej, na co dzień pracuję też jako redaktor… Nie pisałam o tym, że pisarze wcale nie powinni na swoich dziełach zarabiać (sic!) – napisałam o tym, że podejście do danego zajęcia najpierw z pasją, a dopiero w następnej kolejności z myślą o zarobkach, wg mnie jest słuszne.

      To dobrze, że zostawiłeś komentarz – jestem wdzięczna :) – bo dzięki Tobie czytelnicy będą mieli zestawienie: Twój pragmatyzm a mój idealizm. Po prostu – mam inne priorytety niż pieniądze, inaczej myślę, o co innego się troszczę.

      • ~Władysław pisze:

        I dlatego pozwoliłem sobie skomentować twój wpis, aby zacząć jakąś dyskusję. Nie uważam się za pisarza, choć wydałem kilka książek autorskich, bo to jak wcześniej wspomniałaś nie jest moje główne zajęcie.
        Nie będę się powtarzał, ale być może pisząc nie za dobrze przedstawiłem swoje stanowisko w sprawie darmowych udostępnień, ale jak mawiał mój znajomy – nie ceni darmowych okazji bo to ani nie gwarantuje dobrych produktów ani właściwej jakości – To oczywiście uogólnienie ale mniej więcej tak to brzmiało.

        • Władysławie.

          Niezwykłe w życiu jest to, że można wydrzeć sobie serce i podarować światu jeszcze ciepłe, bijące, a i tak zawsze znajdzie się ktoś, komu Twój prezent nie pasuje i kto Cię za niego zbije i nakrzyczy, że źle robisz ;) .

          Przekaż proszę swojemu koledze, że darmowy produkt – np. książka (powieść, baśń) – może być najwyższych lotów, bardzo dobrej jakości. Moja literatura to nie okazja, proszę Panów, tylko literatura, a to, że jest bezpłatna – w niczym jej nie ujmuje :) .

          I podkreślę jeszcze raz, bo nadal nie chcesz dopuścić tego do świadomości: pracuję za pieniądze, jedynie niektóre książki i inne projekty literackie i publicystyczne realizuję za darmo, bo chcę robić dla moich czytelników coś dodatkowego, coś w prezencie. Zrozum to wreszcie, proszę.

          • ~Władysław pisze:

            Sama napisałaś „MOŻE” ale wcale nie musi i zazwyczaj w 99,9% NIE JEST. =D

          • Tak, Władysławie, może, ale nie musi – moja literatura taka właśnie JEST (podchodzę do niej z wysiłkiem, zapałem, miłością identyczną, jak do pisania książek/projektów literackich na sprzedaż). Miło mi, że uznajesz mnie za aż tak wytrawnie rzadki, piękny odsetek :) . Pozwól jednak, że będę ze swoją sztuką czyniła dokładnie to, co uznam za stosowne, i nie opowiadaj mi o jakimkolwiek psuciu rynku – przeczytaj wszystkie moje komentarze, oczywiście jeśli sobie życzysz, i nie pomijaj niewygodnych dla Ciebie kwestii tylko dlatego, że masz inne wyobrażenie o życiu :) .

  2. ~Anna Stranc pisze:

    Na razie podobnie jak Ty rozdaję za darmo swoje opowieści. Jednak z czytaniem za darmo już mam pewien problem. Owszem zdarzają się blogi ciekawe, które coś dają za darmo, ale są też takie, które część moją darmową, drugą płatną. Naprawdę. Jeśli chodzi o książki papierowe darmowe mam bibliotekę, ale nie wszystko tam jest. Często nie ma tego, co chcę poczytać. I tu znów znalazłam stronę, która daje aplikację na czytnik i inne urządzenia i możemy sobie czytać ile chcemy. Tyle, że też nie za darmo. Trzeba coś płacić raz w miesiącu. Redaktorzy, korektorzy, wydawnictwa nie pracują za darmo. Zdarza się, że wydawnictwo czy drukarnia zarabia więcej niż pisarz, który dostaje przykładowo złotówkę za książkę. Od niego się często wymaga, żeby dawał za darmo. Oczekuje się, bo przecież czytelnicy pieniędzy nie mają. A on jak sama zauważyłaś też żyć musi i chcąc przeczytać książkę innego autora nie koniecznie nie musi za nią płacić. Biblioteki też muszą mieć pieniądze na nowe książki i skąd je mają brać jak czytelnicy im żadnych składek nie płacą, a i one mało dostają.
    To naprawdę duży problem. Można by wiele o tym pisać.
    Jednak myślę, że ja jak już coś napiszę papierowego, to chciałbym dostać godną zapłatę, bo choć moja książka dla wielu może być bez znaczenia, bo nie czytają albo są przyzwyczajeni, że książki mają za darmo, dla innych, którzy lubią czytać i lubią mój styl i moje tematy może być bezcenna. Nie jestem nastawiona roszczeniowo, ale też nie mogę wiecznie rozdawać innym swoje książki za darmo. Tak mi się to teraz wydaje. Myślę też o selfpublishingu, który, wiem dość drogi, jednak może byłby lepszym rozwiązaniem niż współpraca z wydawnictwem za 10%. Dla mnie to trochę mało.

    • ~Władysław pisze:

      Jeśli chodzi o self publishing, to musimy pamiętać, że ma on różne oblicza i nie należy je mylić. Jest tzw. vanity self p. – czyli wydawanie w pseudo wydawnictwach za spora kasę co absolutnie jest bez sensu, bo wydrukują Ci 300 egz za 5-7 tys. [to tylko przykład] a później musisz się sam bujać ze sprzedażą, bo owe wydawnictwo swoje już zarobiło i nic więcej ich nie interesuje. A w umowie zaoferuje ci dużo… pustych obietnic. Istnieje także self publishing, gdzie sam sobie jesteś wydawcą i wtedy nie zarabiasz 1-2 zł. na egz, ale powiedźmy że około 10 zł. Tylko, że z tym wiąże się sporo pracy bo musisz sam być PR, sprzedawcą, negocjatorem, itd… Ja osobiście po wcześniejszych współpracach z klasycznymi wydawcami postanowiłem wydawać sam siebie. Założyłem własne wydawnictwo jednego autora – czyli siebie samego – … i nie narzekam.
      Jestem i zawsze byłem przeciwnikiem darmowych wydań [poza akcjami charytatywnymi], bo według mojej filozofii takie działanie jest psuciem obyczajów na rynku i nie wnosi nic dobrego. Posłużę się przykładem e booków, otóż wielu autorów cieszy się, że pobrano setki egz. ich darmowych wydań, ale jakoś nigdy nie przełożyło się to na późniejsze pobranie gdy trzeba było za nie zapłacić. Jeden z moich rozmówców przyznał, że zawsze ściąga bezpłatne pliki do swego czytnika, ale jakoś nigdy jeszcze ich nie czytał, bo… nie miał czasu, zawsze przecież zdąży, nic nie wie o autorze ani o tym jak pisze, więc najpierw czyta tych o których ma jakieś tam pojęcie. I tyle w tym temacie…

    • Anno :) .

      Obawiam się, że ten artykuł został odebrany tak, że wszystko, co napiszę – rozdaję za darmo. Otóż tak nie jest, natomiast chcę teraz poruszyć wątek zarabiania na pierwszej powieści. Żeby ją napisać, potrzebny jest czas. Jeżeli nie utrzymuje Cię (czy mnie) ktoś, lecz sama się utrzymujesz, to musisz pracować w jakiejś innej pracy, aby zarobić na czynsz i chlebek – a pisać możesz po godzinach. Nikt nie zapłaci nikomu za samo napisanie książki – no chyba że mówimy o książce na zamówienie wydawnictwa, ale wydawnictwa nie zamówią niczego u przeddebiutanta, bo jego talent/umiejętności stanowią zagadkę. I dlatego Reymont pisał książki w stróżówce przy przejeździe kolejowym, a Djian na bramce autostrady – taką miał pracę, miał również żonę i dzieci, i nikt nie słyszał o nim jako o pisarzu, choć napisał i wydał kilka książek; działo się to we Francji, bo to francuski pisarz jest, dopiero jego powieść pt. „37,2 stopnie rano” przyniosła mu sławę i pieniądze, ponieważ przeczytał ją reżyser, zachwycił się, zekranizował powieść, w rezultacie powstał wybitny film (dzieło sztuki równie udane, a nawet wytrawne, co książka Djiana). Po tym, jak film stał się sławny na świecie, książka otrzymała drugie życie – też stała się sławna na świecie, co przyniosło pisarzowi Djianowi następne godne pieniądze.

      Tak to się właśnie odbywa, dzieje, toczy, moi Drodzy :) . W Polsce np. Andrzej Sapkowski też długo pracował na swoje uznanie finansowe – po tym, gdy jego historia Wiedźmina została przełożona na inny nośnik, inne medium, a konkretnie na wybitną grę komputerową, znaną i słusznie uwielbianą na świecie, pozycja Sapkowskiego jako pisarza stała się stabilna, Sapkowski zarobił bardzo godne pieniądze.

      Cały ten mój artykuł jest próbą zwrócenia uwagi ludzi piszących/aspirujących do zostania pisarzami na problem pisarstwa/życia z pisarstwa od innej strony. Piszą do mnie listy (mejle) młodzi ludzie z wracającym jak bumerang pytaniem: „ile można na pisaniu powieści w Polsce zarobić?”. No więc tym artykułem odpowiadam tym ludziom: zadbajcie najpierw o swoją duszę, o pasję, myśleniem o pieniądzach zajmijcie się na drugim planie – takie jest moje zdanie na ten temat :) .

      Pamiętam też, jak swego czasu – po lataaaaach – odszukał mnie w sieci kolega z klasy z liceum. To nawet nie był mój dobry, bliski kolega. Odszukał mnie na Fb po moim wydaniu pierwszej książki – tylko po to, aby wypytywać mnie o zarobki z książki. Bo on też się zastanawiał, czy nie spróbować swoich sił w literaturze. Skoro pragniesz napisać książkę, to napisz – powiedziałam mu. No tak – odpowiedział – ale ja muszę najpierw wiedzieć, czy to się opłaca. Odparłam: ja nikogo nie pytałam, czy to się opłaca – piszę od dziecka, od zawsze chciałam być pisarzem, bez względu na wszystko i pomimo wszystkiego. Pisarzem jest ten, kto po prostu pisze, tworzy, a nie ten, który z góry oczekuje za swoją pasję pieniędzy; to nieodpowiednia kolejność myślenia/działania. On na to: no ale ty Justyno nie masz dzieci, a ja mam…

      Wiecie co myślę o takim pieprzeniu, o takiej moralności? Ktoś ma dzieci i z tego powodu odszukuje mnie po latach, i ma czelność wypytywać mnie o moje zarobki – i jeszcze ma czelność oceniać moje życie tak, że mnie niby jest z czymkolwiek łatwiej, bo nie mam dzieci?! A może mam niepełnosprawnego brata? A może pamiętam, jak w domu rodzinnym – z biedy po mieszkaniu biegały szczury kanałowe?… Ww. Djian też miał dzieci – dlatego zasuwał do roboty na bramkę na autostradzie, aby móc je wykarmić, a w międzyczasie i tak pisał swoje powieści, i pisał je, ponieważ po prostu: był pisarzem; ponieważ nie umiał/nie chciał żyć bez pisania!

      Cały ten artykuł mogłabym sprowadzić do jednego akapitu tak naprawdę:

      Marzysz, żeby zostać pisarzem? To zaciśnij zęby i nim zostań. Po prostu nim bądź. A o kasę ze sztuki troszcz się w drugiej kolejności – nikt nie zapłaci za ciebie czynszu, nie kupi ci chleba tylko dlatego, że ty masz takie marzenie, że będziesz wielkim, wspaniałym, zarabiającym godne pieniądze pisarzem. Sam musisz zorganizować sobie życie, czas i pracę tak, aby mieć przestrzeń i w głowie, i w portfelu na pisanie – musisz wytrwale zapracować na swój sukces czytelniczy i finansowy. Z olbrzymim prawdopodobieństwem można założyć, że dojście do takiego sukcesu zajmie ci grube lata – owszem, są wyjątki, np. Dorota Masłowska mając zaledwie 18 lat, od razu napisała bardzo dobry, popularny debiut, ale takie wyjątki zdarzają się hiperrzadko.

      Kolejne moje spostrzeżenie jest takie, że o pieniądze ze sztuki – nie tylko z literatury – najgłośniej krzyczą ludzie przeciętnie utalentowani. Wszyscy znakomici artyści, jakich miałam przyjemność i zaszczyt spotkać w życiu – plastycy, malarze, rysownicy, pisarze, poeci – nigdy nie byli roszczeniowi, zawsze byli niesłychanie pokorni.

      Anno! Przepraszam, jeśli mój komentarz brzmi za ostro – do Ciebie personalnie skierowałam tylko pierwszy akapit, dalej pisałam już do ogółu czytelników, chcę podkreślić ten fakt :) . Wiem, że jesteś wrażliwą, myślącą kobietą i życzę Tobie samych sukcesów i wygranych w życiu :) .

    • Tak, Anno, 10 procent to mało – ale wydawca też chce/potrzebuje zarobić. Koszty: korektor, redaktor, grafik, edytor, specjalista od składu, druk, obsługa promocji oraz dystrybucji książki, rozsyłanie bezpłatnych egzemplarzy do mediów, recenzentów, krytyków oraz blogerów książkowych… Kurier też chce/potrzebuje zarobić, nikt nie rozwiezie dziesiątek, setek i tysięcy egzemplarzy za darmo do klientów, odbiorców, księgarzy… Owszem, możesz zarabiać na sprzedaży swojej powieści 100 % (minus oczywiście koszty oraz podatki), ale najpierw musisz sama zapłacić za wszystkie te ww. czynności, składowe procesu wydawniczego i dystrybucyjnego – z własnej kieszeni.

      Koszt wydania zaledwie 100 egzemplarzy powieści około stustronicowej (w przeliczeniu na znormalizowany komputeropis), na średniej jakości papieru, w miękkiej klejonej okładce – to około 1000 zł, do tej kwoty koniecznie dolicz: zapłata dla grafika za projekt okładki (od 200 do 1000 zł), zapłata dla korektora, zapłata dla redaktora, zapłata dla specjalisty od składu… Potem koszty reklamy, dystrybucji… A mówimy tu o mikronakładzie – nawet nie o małym nakładzie, tylko o nakładzie mikro!

      Owszem, można rozważyć selfpublishing – ponoć Olga Tokarczuk swoją pierwszą powieść wydała właśnie tą metodą, i proszę, jak daleko zaszła :) – ale trzeba mieć świadomość trudów tej metody wydania powieści. Niezbędny jest zmysł przedsiębiorczy, żyłka biznesowa. Nie każdy artysta zawiera w sobie tę żyłkę.

      Vanity to dość pokraczna formuła – zbiera bardzo negatywne opinie wśród czytelników, recenzentów i redaktorów.

      Współpraca pisarza, zwłaszcza początkującego, z tzw. tradycyjnym wydawnictwem (owe 7 – 10 procent, może 12 procent) wydaje się najbardziej obiecująca – wprawdzie nie gwarantuje kokosów, ale wprowadza na rynek wydawniczy i pozwala zapoznać się ze złożonymi mechanizmami procesów wydawniczych. Ja zadebiutowałam w ten sposób i bardzo sobie to chwalę, cenię – dużo się nauczyłam; nigdy nie chciałam zaczynać swojej ścieżki pisarza od metody self.

      • PS Aha! I jeszcze przy selfpublishingu należy pamiętać o tym, że szczęśliwie sprzedane przez autora egzemplarze powieści mają prawo podlegać zwrotom – w przypadku współpracy z tradycyjnym wydawnictwem koszty tych zwrotów, jak i wszelkie ryzyko związane z wydaniem i dystrybucją książki, ponosi wydawca. W przypadku selfpublishingu – ponosi autor (pisarz).

  3. Drodzy, dla uspokojenia dyskusji podzielę się z Wami moim dawnym artykułem na podobny temat (co prawda odnosi się on bardziej do niechlubnej metody wydawania powieści – vanity), bo jest o wiele bardziej pragmatyczny, mniej idealistyczny (czy mniej kontrowersyjny):

    http://karolakowo.blog.pl/2013/05/25/jak-wydac-ksiazke-prawda-zamiast-mitu-dla-mlodych-pisarzy/

  4. ~Anna Stranc pisze:

    Tak. Jeden i drugi sposób wydawania ma swoje wady i zalety. Myślę, że jak przyjdzie czas zdecyduję który bardziej mi odpowiada. Na razie póki co zbieram informację, a i z pracy dla pisania nie mam zamiaru rezygnować, bo wiem, że nie jest to takie proste w tym zawodzie.

  5. ~Morfeusz pisze:

    Co do rozdawania owoców swojej pracy za darmo: jestem jak najbardziej na tak. Zarzut, jakoby taka praktyka psuła rynek, uważam za absurdalny. Czy mentalność potencjalnego odbiorcy ucierpi na tym, że został obdarowany? Latem wujek przywiózł mi kilka kilo rzodkiewki, za darmo, bo obrodziła. Nie patrzyłem na niego podejrzliwie, jakby chciał mnie otruć, a jedząc ją nie czułem, żeby była mniej smaczna przez to, że była darmowa, nie zacząłem też uważać, że należy mi się ”za friko” cała rzodkiewka świata;) Rynek rzodkiewki chyba też na tym nie ucierpiał… Naigrywam się, ale po prostu nie wierzę, żeby czytelnik poczuł się darmową książką rozpieszczony aż do utraty rozumu:) A zresztą – niech każdy martwi się o własną kondycję psychiczną, tego jeszcze brakowało, żeby pisarz musiał troskać się o to, czy udostępniając swą książkę nie rozpuszcza jej potencjalnego odbiorcy, ba, czy go nie demoralizuje. Powtórzę raz jeszcze: to jest absurd. Absurd taki, że w tej chwili, pisząc o tym, uśmiecham się sam do siebie półgębkiem.

    • Morfeuszu, z całego serca Ci dziękuję za te słowa – no nareszcie ktoś to napisał :) . Z humorem, ale jakże celnie – w końcu zdrowy objaw normalności w tym wirtualnym, zakręconym jak karuzela świecie :) .

  6. ~Katarzyna pisze:

    Napisałaś czternaście powieści w kilkanaście lat? Jestem pod ogromnym wrażeniem! A – jeśli można zapytać – ile z nich wydałaś tradycyjnie, ile samodzielnie, a ile udostępniłaś za darmo? Niektóre może jeszcze czekają w szufladzie na swój wielki dzień?

    Chociaż kliknęłam w artykuł, bo spodziewałam się znaleźć konkretne kwoty, to co do samego założenia – że pisarz najpierw powinien myśleć o tym, co chce napisać, a nie jak i za ile to sprzeda – bardzo się zgadzam :)

    • Katarzyno.

      Tak, niektóre (a nawet nie niektóre, tylko powiedzmy „humanistycznie” – większa połowa ;) ) powieści leżą w szufladzie i myślę, że w niej pozostaną :) . A to dlatego, że nie chcę wydawać absolutnie wszystkiego, co napiszę, tylko wybrane projekty :) . Co do liczby 14 – nie sądzę, że podtrzymam uśrednione tempo jednej książki w rok, z kilku przyczyn: im jestem starsza, tym piszę świadomiej, a to niemiłosiernie kradnie czas ;) . Poza tym w ciągu ostatnich lat rozwinęłam się także publicystycznie, a to znów pochłania kawałek życia i pisanie kolejnych powieści siłą rzeczy musi się rozciągnąć w czasie :) .

      Pierwszą powieść „Tropiąc jednego wilka” wydałam tradycyjnie (normalna, tradycyjna współpraca z wydawnictwem; normalne, tradycyjne papierowe wydanie). Powieść numer trzy „Mowę kruka” oraz baśń dla dorosłych i dla dzieci „Niebieski Ptak i Podróż Donikąd” udostępniłam za darmo poprzez serwis Toster Pandory (a więc są to e-booki). Druga powieść – „Głowa do pokochania” – to również forma prezentu dla czytelników, który rozdaję osobiście bądź pocztowo, bo to wydanie papierowe. Egzemplarze, które posiadam obecnie, zostały wydane metodą selfpublishingu; w przyszłości planuję rozbudować powieść o pewne wątki i w tej rozszerzonej postaci wydać we współpracy tradycyjnej z wydawnictwem. Jest jeszcze kilka moich książek, które krążą w mętnych wodach internetów pod rozmaitymi tajemniczymi postaciami ;) . Ale większość śpi w szufladach, i bardzo dobrze, bo pisać cokolwiek może ktokolwiek, mnie zaś towarzyszy głód samorozwoju. Ja nie chcę być kimkolwiek i wydawać byle czego – chcę być Justyną Karolak :) . Jednak zanim się nią stanę – jeszcze długa piękna droga przede mną, w czasie której będę ciężko pracowała na bycie mną, na swoje nazwisko :) .

      Bardzo się cieszę, że zgadzamy się co do kwestii, że najpierw myśleć, a potem zarabiać – kłaniam się i pozdrawiam serdecznie :) .

Komentuj