Justyna Karolak dziwi się światu. Tym napisem wita wszystkich tablica wjazdowa do miasta, jakim jest Karolakowo. A pod spodem, drobnym maczkiem, widnieje jeszcze dopisek: „Jaką cudowną rzeczą jest oko! Swoje uważam za prawdziwy miękki aparat fotograficzny, który robi zdjęcia nie świata zewnętrznego, lecz mojej najtwardszej myśli i myśli jako takiej”. Z pozdrowieniem dla Salvadora Dali, wita w swoim mieście, na osobistym blogu – Justyna Karolak. Zanim rozpoczniesz zwiedzanie, pozwól najpierw, że się przedstawię: notki "O mnie" i "Kontakt" znajdziesz w Archiwach – Styczeń 2013.
poniedziałek Grudzień 18th 2017
Justyna Karolak dziwi się światu. Tym napisem wita wszystkich tablica wjazdowa do miasta, jakim jest Karolakowo. A pod spodem, drobnym maczkiem, widnieje jeszcze dopisek: "Jaką cudowną rzeczą jest oko! Swoje uważam za prawdziwy miękki aparat fotograficzny, który robi zdjęcia nie świata zewnętrznego, lecz mojej najtwardszej myśli i myśli jako takiej". Z pozdrowieniem od Salvadora Dalego, wita w swoim mieście, osobistym blogu Justyna Karolak. Zanim rozpoczniesz zwiedzanie, pozwól, że się przedstawię: notki "O mnie" i "Kontakt" znajdziesz w Archiwach - Styczeń 2013.

11 smaków dzieciństwa – karolakowy ranking książek dla dzieci

Dzieckiem w kolebce, kto łeb urwał Morfeuszowi [1]… Taaak… Gdy byłam mała, sterroryzowałam babcię, by do utraty głosu mi czytała. Tata był przeze mnie przymuszany do wymyślania i opowiadania baśni na dobranoc, a mama do szycia kreacji dla lalek (wybaczcie, że nie powiedziałam „ubranek”, ale dla mej rodzicielki byłoby to obrazą)… A potem nauczyłam się czytać – tatuś wraz z babunią częściowo odetchnęli z ulgą, mama również (lalki w kąt poszły na rzecz królestwa książek). Lecz prawdopodobnie z tą właśnie chwilą urwałam łeb bogowi snu, czytałam bowiem w kółko i bez opamiętania, nawet pod kołdrą, w marnym świetle przemyconej wcześniej pod poduszkę latarki…

Niniejszy osobisty ranking ukochanych książek z dzieciństwa obejmie zarówno te, które mi czytano, jak i te, które czytałam samodzielnie. Jedne i drugie pozycje do dziś stanowią dla mnie wartość nie tylko stricte sentymentalną, ale intelektualną, emocjonalną i estetyczną. Niektóre pozycje zachwyciły mnie treścią, inne ilustracjami i treścią… Nie wiem, na ile urodziłam się sobą – po prostu plastykiem i literatem, a na ile mój wybór tych dwóch pasji i zawodów został zdeterminowany właśnie przez określone lektury z dzieciństwa… Czy książeczki dla dzieci mnie oczarowały i zaczarowały, czy sama w sobie stanowiłam podatny grunt dla tej magii, wiem jedno: miłość do literek i obrazków towarzyszy mi od najmłodszych lat aż po tu i teraz.

Skłamałabym, gdybym powiedziała, że ograniczenie się do jedenastu miejsc było dla mnie trudnym zadaniem – bo przecież skoro masa książek przewinęła się przez moje rączki, to dziś musiałam wahać się silnie, o których książkach opowiedzieć, a które w tym zestawieniu pominąć… Prawda jest inna: w ogóle, wcale, ani trochę się nie wahałam. Nawet przez sekundę. Od razu wiedziałam, miałam pewność, że mój ranking złożę z dziesięciu-jedenastu miejsc – wystarczyło, że przymknęłam powieki, a konkretne okładki, tytuły i ilustracje wyświetliły mi się w pamięci tak wyraziście, jakbym przyglądała im się w księgarni, jak gdyby leżały na półce na wyciągnięcie dłoni. I już – ranking gotowy! Zamknięcie się w puli dziesięciu-jedenastu tytułów nie było żadnym kłopotem – wręcz zaryzykuję tezę, że każdy człowiek doskonale wie, jakie książki wywarły na nim najmocniejsze wrażenia, kiedy był dzieckiem. Nie mam toteż zamiaru krygować się przed Wami na osobnika jakże oczytanego, z pamięci którego dosłownie wylewają się grube lawiny samych niezapomnianych lektur… gdzież tam! Szanuję selektywne podejście do rzeczywistości, i takie Wam dziś zaprezentuję. Zatem uwaga – zaczynamy!

Uwaga! Osobisty ranking karolakowy książek dla dzieci – w kolejności pod względem jakości, nie chronologii.

11. Renata Opala, Słonecznikowa dziewczynka (1988).

słonecznikowadziewczynka

Zaszczytne miejsce jedenaste przypada książce, na której babcia straciła głosu najwięcej. Słonecznikową dziewczynkę babunia musiała czytać mi tyle razy, że ostatecznie na widok okładki nieomal wymiotowała. Tak: musiała. Ponieważ ją do tego zmusiłam: swoim dziecięcym, niewinnym lookiem i błękitnymi oczętami polskiej cielęcej Shirley Temple. Zmusiłam wielokrotnie. Dręczyłam babcię tą lekturą, bo chronicznie i notorycznie potrzebowałam do tej lektury wracać, a sama wtedy jeszcze czytać nie umiałam. I nie – nie do końca pamiętam, co takiego mnie w tej historii urzekło. Pamiętam, że brzmienie słowa „słonecznik”. I ilustracje! Były doskonałe: wymowne, prostolinijne i urocze; dokładnie takie, jakie powinny być ilustracje w książkach dla dzieci. Moje wydanie Słonecznikowej dziewczynki miało właśnie tę okładkę przedstawioną powyżej. Niestety nie pamiętam, kto stworzył okładkę – wydaje mi się, że Wanda Orlińska, a być może Witold Zakrzewski. Znam też nazwisko trzeciego ilustratora: Marta Ostrowska. Nie chcę nikogo skrzywdzić tą opinią, ale ilustracje w tym (powyższym) wydaniu Słonecznikowej dziewczynki są bezkonkurencyjne i szczerze, dogłębnie żałuję, że nie jestem w stanie wskazać ich autorstwa (intuicja podpowiada mi, że Orlińska, ale mogę się mylić). Wiem, że Słonecznikową dziewczynkę – nowe wydanie – można kupić w dzisiejszych księgarniach, i to cudownie, ale te nowe ilustracje nie umywają się do owych starych, tzn. pierwotnych. I nie, nie przemawia przeze mnie sentymentalizm – bardziej profesjonalizm, jeśli wolno mi tak powiedzieć. Jestem artystą plastykiem i sądzę, że wiem, co mówię – w tej ilustratorskiej materii… Wracając do treści książeczki, ścieramy się tu z królestwem ciemności, tytułowa bohaterka ma wyjść za mąż za złego króla Szarugę (o ile mnie pamięć nie myli) – niczym Calineczka za kreta – no ale oczywiście wszystko dobrze się kończy. Pozycja – szczególnie w owym starym wydaniu, ze względu na udane ilustracje – godna polecenia stanowczo! Ale bardziej dla dziewczynek, niż dla chłopców – wydaje mi się.

10. Maria Krüger, Karolcia (1959).

karolcia

Na nazwisko mi Karolak, nie zdziwicie się więc, kiedy powiem, że gdy chodziłam do przedszkola i do pierwszych klas szkoły podstawowej – wychowawcy i nauczyciele wołali na mnie „Karolcia”. Poza tym moim ulubionym kolorem był niebieski. No i byłam małą marzycielską dziewczynką, która pragnęła zmieniać świat na lepszy… To musiało się skończyć utonięciem w Karolci po brzegi i do dna… Początkowo jednak wzburzałam się, kiedy dorośli wołali: Karolciu! Odpowiadałam hardo: Jestem Justyną i mam na nazwisko Karolak! Biedni dorośli tłumaczyli się, że nie chcieli nic złego, i że to komplement jest, bo Karolcia – ta z książeczki – to dzielna, wspaniała dziewczynka… Jakoś im nie ufałam – spisek węszyłam, że chcą mnie podejść i odebrać mi moją niezależną osobowość! W którymś momencie uległam i sięgnęłam wreszcie po lekturę… Bardzo wyraźnie pamiętam magiczny niebieski koralik, który puchł i mówił. Pamiętam napięcie emocjonalne, które czułam, czytając – wynikało ono z nowego i dziwnego wówczas dla mnie poczucia odpowiedzialności za cały świat, przecież w końcu moje życzenia spełniane przez koralik miały służyć ludzkości… Kapitalna książeczka, dużo przygód, przeżyć – ale czy aby nie znów bardziej dla dziewczynek?

9. Hans Christian Andersen, Dziewczynka z zapałkami (1845)
oraz Brzydkie kaczątko (1843).

baśnieandersena

Istnieje praktycznie niewyczerpane mnóstwo dobrych baśni, ale baśnie Andersena zajmują w moim marnym sercu przestrzeń szczególną. Są one nie tylko objawieniem człowieczeństwa pokornego, wspaniałomyślnego i poruszającego – baśnie Andersena to przede wszystkim wymowna budowla postawiona na fundamencie niezatapialnych archetypów. Oczywiście wszystko to zrozumiałam dużo później, kiedy stałam się dorosła. Wtedy zdecydowałam, że w swoim pisarstwie – jako zawodzie – koniecznie, bezsprzecznie wygospodaruję obszar dla tworzenia andersenowskich, ale nowych, karolakowych baśni… Tak zrobiłam – dotrzymałam danego sobie słowa i napisałam baśń pt. Niebieski Ptak i podróż Donikąd… Ale wówczas – będąc dzieckiem – naprzemiennie wcielałam się w wyobraźni w dziewczynkę z zapałkami i brzydkie kaczątko… Obie baśnie wywarły na mnie – nie, nie piętno… raczej coś na kształt samodocenienia pomimo wad, i nadzieję… na lepsze jutro.

8. Grażyna Strumiłło-Miłosz,
Pod szczęśliwą kocią gwiazdą (1989).

podszczęśliwąkociągwiazdą

To była pierwsza książka, którą samodzielnie wypożyczyłam ze szkolnej biblioteki… Cóż to było za przeżycie! Pani założyła mi pierwszą prawdziwą kartę biblioteczną! Od tej pory nie musiałam prosić mamy ani taty o nową książeczkę pod choinkę – mogłam sama, niczym prawdziwy dorosły człowiek, iść do biblioteki, przebierać łapkami w regałach z książkami i decydować: „Proszę pani, dzisiaj wezmę tę”. Wezmę – ależ przepiękne odkrycie! Mogłam czytać za darmo, ile tylko zechcę i zdołam, o rany! O, świetnie pamiętam, jak pani zakładała mi kartę… Imię? Justyna. Nazwisko?… Kardak, tak? Nieeee! Karolak! Nazywam się Justyna Karolak! Zakrzyknęłam, aż kostki w zaciśniętych, śmiesznie małych piąstkach zbielały… Potem odbył się maraton czytania wzruszających przygód Frygi… Zniosłam je ciężko, płakałam w trzy światy, ale wyszłam z tej lektury – nowa. „Dorosła”, odważna i zbudowana! O, jakże bardzo było warto!

7. Mikołaj Nosow,
Przygody Nieumiałka i jego przyjaciół (1953).

przygodynieumiałka

No to jest dopiero historyja! Ja nie wiem, co ci ruscy w sobie mają… W latach mniej więcej dorosłych uwiódł mnie Dostojewski i Tołstoj, także Bułhakow. A w latach dziecięcych – radziecki pisarz Nosow (wspomniałabym też o ruskiej kreskówce Wilk i Zając, ale nie zrobię tego tutaj – raczej poświęcę jej odrębny artykuł). Nosow stworzył całą serię o przygodach Nieumiałka i jego kumpli, spośród których najlepiej zapamiętałam Cukierka Soczkowskiego; zdaje mi się, że był też Kabelek i Śrubełek, ale nie wiem już, czy to prawda, czy dorosła wyobraźnia płata mi figle… W każdym razie o zgromadzenie całej serii Nieumiałka wierciłam rodzicom dziurę w brzuchu, zresztą przy wsparciu starszego o siedem lat brata – byłam tak mała, że jeszcze nie znałam literek, ale funkcje społeczne, by nie rzec, że manipulatorskie, opanowałam już do perfekcji. Brat w postaci mych osobistych posiłków wprawnie wymógł na rodzicach zakup owej Nieumiałkowej serii, potem czytał mi, podkładając różne głosy pod bohaterów literackich… Nawet zrobiliśmy razem Nieumiałkową „audycję radiową”, korzystając ze starego kasetowego magnetofonu „reporterskiego”… Najbardziej ukochałam tę część serii Nosowa: Jak Nieumiałek został artystą malarzem. Właśnie wtedy postanowiłam: skoro Nieumiałkowi się udało, mnie też się uda! I zostałam artystą malarzem.

6. Szarlota Pawel, Smocze jajo (1986).

smoczejajo

Ooo! To dzięki pani Szarlocie odkryłam piękno, cud i sztukę komiksu! A pośrednio – znów dzięki starszemu bratu. On to kolekcjonował ukazujący się wówczas Świat młodych, a tam pani Szarlota ze swoimi komiksami debiutowała. No a potem wyszły wydania książkowe – a wśród nich moje najumiłowańsze Smocze jajo. Pokochałam kreskę pani Szarloty, gdy miałam nie więcej niż pięć lat. Byłam jeszcze stanowczo za malutka na to, aby wiedzieć, ilu przedstawicieli, naśladowców, kontynuatorów tej charakterystycznej kreski pośród rysowników komiksów było, jest… Ale już wtedy byłam ogromnie wyczulona na kreskę – na jej „łatwość”, ciągłość, biegłość… Pamiętam, jak na wieczorynkę leciały Smerfy… Kochałam Smerfy (zapewne za ich niebieskość, która zresztą kojarzyła mi się z Kleksem Pawel), ale podczas pewnego odcinka – nagle, doszczętnie gwałtownie rozpłakałam się do żywych łez. Krzyczałam: Ktoś ukradł Smerfy! Gdzie są Smerfy?! Nikt mnie nie rozumiał, rodzice tylko się zmartwili nie na żarty, że oszalałam, a ja szlochałam istotnie jak głupia, jak nienormalna – nikt w rodzinie nie potrafił mnie uspokoić, nikt nie pojmował przyczyn mej rozpaczy, ani tym bardziej jej skali. Aż z ratunkiem znów przybył starszy brat! Przeczytał literki płynące za odcinkami Smerfów i oświadczył rodzinie krótko: Justysia ma rację. Wcześniej Smerfy rysował Peyo, teraz prawa do Smerfów wykupiło Hanna-Barbera. To już nie jest ta sama kreska… Wracając do Pawel i Smoczego jaja: rozkochałam się w przygodach Jonki i Jonka, i oczywiście Kleksa, do nieprzytomności. I to właśnie na Jonce, Jonku i Kleksie – jakkolwiek to zabrzmi, ale: na Szarlocie Pawel ćwiczyłam pierwsze swe rysownicze, ilustratorskie kreski. Byłam tym komiksowym, plastycznym światem ujęta do tego stopnia, że doprawdy długo myślałam, że jestem więcej Szarlotą Pawel, niż Justyną Karolak. Potem – wyrosłam, stałam się w pełni sobą. Ale docenienie umiejętności, talentu i pomysłowości Pawel – stanowczo, bezdyskusyjnie pozostało mi zakorzenione w umyśle i duszy!

5. Małgorzata Musierowicz, Ble-ble (1981).

ble-ble

Nazwisko Musierowicz jest znane i uznane, większość Polaków – słusznie! – kojarzy je bezbłędnie z literaturą dla dzieci i młodzieży. A moja ulubiona, uwielbiona pozycja Musierowicz dla dzieci, to właśnie rzeczone Ble-ble. Książka, którą przeczytałam sama – miałam wówczas dziewięć lat – i która z rozmyślań o plastyce przekierowała mnie raźno na drugą, nową dla mnie, inną sztukę… na słowo – na literaturę; na pisanie. Książka ta ujawniła mi również, że polityka jest – na ogół – krzywdzącą ludzi kupą, bowiem smok Bambolczyk czy Bamboleusz wydał irracjonalny dekret: przymus mówienia absurdalnym, uwsteczniającym językiem, a de facto bełkotem ble-ble. I wtedy ja, mała, ledwie piśmienna Justyna Karolak, postanowiłam nieodwołalnie: No nie, żadnych ble-ble! Język to poważna sprawa, żadnych durnych dekretów, już ja się tym zajmę, gdy dorosnę! I… zostałam pisarzem… Ta książka Musierowicz przynależy do całego przebogatego cyklu o Bambolandii, ale jest moją najuwielbieńszą, więc o niej w rankingu wspominam. I nie pamiętam niestety, kto rysował, ale kapitalne były te ilustracje! Ka-pi-tal-ne! Właśnie te – dokładnie w tym starym wydaniu, którego okładkę prezentuję powyżej. Do dziś „prześladuje” mnie ilustracja Bambolinki, smokusiowej córeczki smoczego króla, któremu ewidentnie odbiło (politycznie), bezbronnej z wyrazu zielonkawej buzi, ustrojonej w białe falbanki sukienkowe… Idealna książka dla dzieci – i chłopców, i dziewczynek!

4. Maria Krüger, Serce dzwonu (1981).

sercedzwonu

Tu znów cofamy się do czasów, w jakich nie czytałam ja samodzielnie… w jakich zaklęłam się w świecie plastyki, ilustracji. Ilustracje do tej baśni stworzył Stasys Eidrigevičius – do dziś umieszczany przeze mnie w ścisłej czołówce najwybitniejszych ilustratorów świata. Aż trudno wyrazić mi słowami, co czuję i myślę, podziwiając prace Eidrigevičiusa. Zawiera się w nich wszystko, co może owładnąć głową dziecka, oraz wszystko, co może znęcić głowę dorosłego: genialna kompozycja, niezwykła ponurość, dramatyzm postaci – oddane jednak za pomocą zdumiewającego romantyzmu, który zdaje się aż jakby szeptać o przytulenie… Oryginalnie przyprószone kolory, niewiarygodna zadziorno-inercyjna aura, która sprawia, że grzęźniesz własną wrażliwością w tym wyimaginowanym świecie, grzęźniesz jak w ciepłym, dziwnym błocie – czy chcesz, czy nie… Od wtedy – od dzieciństwa, do teraz – kiedy mam trzydzieści sześć lat, miłuję prace Eidrigevičiusa całą sobą, czyli: otwartością dziecka, miękkością kobiety i twardością człowieka… Krüger wykazała się nie mniej od ilustratora. Spisana przez nią opowieść o tajemnicy serca dzwonu – wpiła się w moją wrażliwość, pamięć i świadomość na dobre. Literacka i obyczajowa treść Serca dzwonu – wstrząsnęła mną. Zachłysnęłam się tą treścią, przejęłam ogromnie, trawiłam długo. Do dziś jestem piekielnie wdzięczna rodzicom i losowi, że było mi dane – spotkać się z tą baśnią.

3. Nâzım Hikmet, Zakochany obłok (1985).

zakochanyobłok

To kolejne wydanie z tej samej serii, co ww. Serce dzwonu. Cała ta seria godna jest polecenia absolutnie wszystkim dzieciom i dorosłym, w mojej głowie i duszy zajmuje ona – sumarycznie – miejsce nader wysokie. Seria ta obejmuje zbiór baśni z różnych regionów świata, więc siłą rzeczy niektóre baśnie będą napisane i odbierane bardziej pogodnie czy zwyczajnie, natomiast jednak w większości pobrzmiewa, pięknie wsysający, chuch poetyckości czy surrealności. Zakochany obłok to akurat baśń turecka, zilustrowana przez Polaka, Wiktora Sadowskiego. Ilustracje te genialnie osadzają się w klimacie całej serii i w niczym nie ustępują ukochanemu przeze mnie Eidrigevičiusowi. Dość nadmienić, że kiedy miałam dziesięć-jedenaście lat, poprosiłam tatę, aby zaprojektował, zaaranżował mi pokoik w stylu Zakochanego obłoku (i zrobił to, bo był artystą plastykiem)… Całą tę serię poleciałabym zarówno chłopcom, co dziewczynkom, chociaż wydaje mi się, że dziewczynki lepiej radzą sobie z pewnym „piekłem emocji” czy „pięknem cierpienia”, których ślady w tych książeczkach drzemią.

2. Paul Delarue, Król kruków (1980).

królkruków

W moim osobistym rankingu karolakowym – to najmroczniejsza i zarazem najpiękniejsza ze wszystkich baśni ww. serii. Ta baśń – gaskońska – śniła mi się po nocach i wyświetlała się w fantazji za dnia. Kiedy byłam małą dziewczynką, nie mogłam się z tej baśni otrzepać – nieustająco bałam się tej baśni i jednocześnie kochałam się jej bać, i ciągle prosiłam o jej ponowne i ponowne czytanie. Ale jeśli myślicie, że to tylko moja indywidualna, subiektywna wrażliwość, specyfika – mylicie się: nie jestem odosobnionym przypadkiem, wręcz przeciwnie. I mój brat, i wielu jego kolegów – w podobnych mi latach – intensywnie przeżywało tę baśń. To jedna z tych uporczywie przygnębiających i fascynujących do szpiku kości bajek, które pragnie się chłonąć, mierzyć z nimi, wychodzić z nich obronną ręką, i znów wracać… Wytrawne, hipnotyczne ilustracje – po raz kolejny po stronie niezastąpionego Eidrigevičiusa.

PS Wybaczcie, proszę: nie posiadam okładki do książki, w związku z czym zamieszczam najbardziej uderzającą we mnie, najwytworniejszą ilustrację z książki…

1. Mirosław Stecewicz, Stacja bezsennych lokomotyw (1986).

stacjabezsennychlokomotyw

Przyznanie miejsca pierwszego – naprawdę nie wymagało ode mnie żadnego wysiłku! To czysta przyjemność – powiedzieć, że książeczka dla dzieci napisana przez polskiego pisarza i zilustrowana przez polskiego grafika jest najlepsza! Nie, nie kierowałam się w układaniu tego rankingu – narodowościami twórców; nie. Ale skoro z jakości książeczki wynika, że właśnie Polacy górą – dodatkowo raduję się jak dziecko. To zdecydowanie książka wykwintna (w dobrym, a nie przestudiowanym znaczeniu tego słowa) językowo oraz plastycznie. Jest to rzecz rewelacyjna – i pod względem literackim, i plastycznym. Rzecz napisał przeinteligentny Mirosław Stecewicz, a zilustrował równie przeinteligentny Sławomir Jezierski. Ziuzio i Funio, ciocia Titli, straszydły Dydłoń, Potwór Wulkaniczny, piasek cięty cierpliwością, krowa pasąca cielaczki za płotem zbudowanym z samej siebie, koń tracący włosy i sufit grzęzawisko… to jedynie nieliczne przykłady mistrzostwa pomysłów fabularnych, które składają się na tę chudą fizycznie, a jakże pełną w treści książeczkę. Kiedy po raz pierwszy zetknęłam się ze Stacją bezsennych lokomotyw, czytała niezawodna babunia. Później – czytałam sama. Wiele, wiele razy. To dzięki Stacji bezsennych lokomotyw dowiedziałam się, czym naprawdę jest, może być oniryzm, specyficzne literackie piękno. Dodam, że książka ta wchodzi w skład serii o wyspie Umpli-Tumpli. Wszystkie części tej serii są oszałamiająco dobre, ale ta część – rozświetliła moje dzieciństwo, nadała mu literackiego smaku, lukru i pieprzu, uczyniła moją dziecięcość kolorową, twórczą, unikatową, najlepszą na świecie…

Wybaczcie, że zabrakło w tym zestawieniu Alicji w Krainie Czarów, Małego Księcia, Kubusia Puchatka, Króla Maciusia Pierwszego… Że zabrakło autorów takich, jak Kornel Makuszyński, Julian Tuwim… Może następnym razem, w nieco innym kontekście…

Justyna Karolak

Przypis:

1 – Adam Mickiewicz, Oda do młodości. Parafraza.

Komentarze czytelników

3 komentarzy do “11 smaków dzieciństwa – karolakowy ranking książek dla dzieci”

  1. ~Anna Stranc pisze:

    Najlepiej pamiętam Karolcię z książek podanych przez Ciebie. Bardzo mi się podobała. Muminki i Pana kleksa poznałam u koleżanki, z którą razem siedziałyśmy w ławce. Mama mi też czytała, ale tytułów nie pamiętam, niestety. Wiem, że szybko sama nauczyłam się czytać, żeby czytać bez pomocy mamy. Podobnie jak Ty czytałam i nadal czytam bardzo dużo. Też mi się zdarzało czytanie pod kocem. Komiksy uwielbiam. Kleksa, o którym wspominasz też, ale przede wszystkim Tytusa. Miłość do nich mi pozostała i po latach potrafię kupić sobie komiks.
    Ciekawy ten Twój ranking dobrych książek dla dzieci.

    • Muminki również kocham miłością bezgraniczną i niewyczerpaną, a komiksom z przyjemnością poświęciłabym osobny artykuł – może i taki napiszę, kto wie :) .

      Pozdrawiam serdecznie, Anno :) .

    • Jak to rzecze cytat mądry: „wielkim jest ten, kto nie zatracił w sobie serca dziecka” :) . Osobiście zawsze cieszy mnie spotkanie z drugim ludziem, który podobnie do mnie kocha dziecięcą literaturę i różne baje dla dzieci, i nie wstydzi się do tego przyznać :) . Ja się nie wstydzę, wręcz mam nadzieję, że te dziecięce sentymenty nigdy mi nie przejdą, że nigdy nie wyrosnę :) .

Komentuj