Justyna Karolak dziwi się światu. Tym napisem wita wszystkich tablica wjazdowa do miasta, jakim jest Karolakowo. A pod spodem, drobnym maczkiem, widnieje jeszcze dopisek: „Jaką cudowną rzeczą jest oko! Swoje uważam za prawdziwy miękki aparat fotograficzny, który robi zdjęcia nie świata zewnętrznego, lecz mojej najtwardszej myśli i myśli jako takiej”. Z pozdrowieniem dla Salvadora Dali, wita w swoim mieście, na osobistym blogu – Justyna Karolak. Zanim rozpoczniesz zwiedzanie, pozwól najpierw, że się przedstawię: notki "O mnie" i "Kontakt" znajdziesz w Archiwach – Styczeń 2013.
poniedziałek Grudzień 18th 2017
Justyna Karolak dziwi się światu. Tym napisem wita wszystkich tablica wjazdowa do miasta, jakim jest Karolakowo. A pod spodem, drobnym maczkiem, widnieje jeszcze dopisek: "Jaką cudowną rzeczą jest oko! Swoje uważam za prawdziwy miękki aparat fotograficzny, który robi zdjęcia nie świata zewnętrznego, lecz mojej najtwardszej myśli i myśli jako takiej". Z pozdrowieniem od Salvadora Dalego, wita w swoim mieście, osobistym blogu Justyna Karolak. Zanim rozpoczniesz zwiedzanie, pozwól, że się przedstawię: notki "O mnie" i "Kontakt" znajdziesz w Archiwach - Styczeń 2013.

Jak radzić sobie z krytyką? Jak być pisarzem kochanym?

Och, znam ci rozmaite pisarskie fora. O, ileż udziela się na nich ludzi aspirujących do bycia pisarzami, którzy deklarują piękny, dziarski dystans do siebie i do świata. Oj, jak ja bardzo tym ludziom nie wierzę…

jakradzićsobiezkrytykąkarolak

Nie raz, nie dwa, nie dziesięć… spotkałam na pierwszym i dwudziestym pierwszym forum internetowym dla pisarzy młode dziewczęta mianujące się na w pełni emocjonalnie ukształtowane, doceniające się kobiety. No po prostu kobiecy Święty Graal, mityczne i historyczne znalezisko, cud wcielony, anioł uziemiony. Co prawda anioł bez skrzydeł, ale za to skąpany w boskim nimbie mądrości pod tytułem Samoakceptacja, aż w oczy kole.

Niestety dziewczę bez kompleksu żadnego, powtórzę: żadnego, to kłamstwo wierutne. Internet jest wspaniałym narzędziem ku własnej chwale: można za jego pomocą wyrazić rzeczy niebotyczne, niemożebne oraz nieistniejące…

I chłopcy nie mniej od dziewcząt oświeceni. Po stronie chłopców stroszą z kolei przebarwne pióra kreatorzy wizji siebie jako mężczyzn dojrzałych pod względem intelektualnym, wprawnie żonglujących ideami, szczycących się suwerennością i unikalnością myślenia oraz złożoną warstwą merytoryczną wypowiedzi. A spod spodu niepewność, gdzież niepewność – tony nieśmiałości wyzierają, aż miło.

I kobiety, i mężczyźni – im głośniej trąbią, jacy odważni i z siebie zadowoleni, tym mniej prawdy w ich tezach. Człowiek – i kobieta, i mężczyzna – boryka się z kompleksami, i basta. W każdym z nas istnieje cień, a w obrębie cienia mieszkają między innymi kompleksy. Kompleksy różnej skali i natury, kompleksy o różnej treści i w niezliczonych rozmiarach oraz konfiguracjach, ale ich obecność w psychice ludzkiej jest niepodważalna, przykro mi.

Dzięki bogu czy matce naturze nie zostałam psychologiem, więc odpuszczę sobie trud pisania charakterystyki miana „kompleks”, powiem tylko tyle, że z kompleksami można się na mnóstwo sposobów konfrontować, a owszem, można kompleksy obkurczyć, można przepchnąć w inne miejsce głowy czy duszy, można kompleksy ociosać, poćwiartować, zmiąć, zbić na kwaśne jabłko, ukochać jak pluszowego misia… No cuda z własnymi kompleksami można czynić – można na własne kompleksy nałożyć misternie utkaną siatkę pomysłów logicznych bądź, odwrotnie, całkiem absurdalnych… Można z kompleksami się bawić w setki zabaw, można też wcale się z nimi nie bawić, można nawet unikać jak żywego ognia i chować się przed nimi w tysiącach zakamarków swojego łba niepokornego…

Mówiąc wprost, można się nad własnymi kompleksami znęcać, można własnym kompleksom nucić kołysanki, można je nawet ignorować – jednego tylko nie można z nimi zrobić: otóż nie da się kompleksów unicestwić czy amputować. Można przetrzebić ich zastępy, ale coś się zawsze uchowa, choćby drobny osad, jak sadza w kominie.

A teraz uwaga, moi mili, powoli zbliżamy się do sedna!

Słowo „kompleks” wykazuje bezpośredni związek ze słowem „krytyka”. Zaskoczeni? Nie? Ja swego czasu byłam – kiedy odkryłam tę prawdę, dopadło mnie silne zdumienie, poczucie dezorientacji zmieszanej z kroplą wstydu… Wiecie, jak to jest, jak się odkrywa coś bardzo ukrytego – i wtedy to coś raptem staje się zatrważająco proste, wręcz prymitywne, aż człowiekowi się robi trochę głupio, że nie wpadł na rozwiązanie wcześniej.

Pewnego dnia zrozumiałam, że to, jak czuję się z krytyką na swój temat, wynika z tego, o jakie kompleksy krytyka się otarła, w jakie dźgnęła jak w miękkie masło, a jakie wyszydziła. Nie wierzę ludziom aspirującym do bycia pisarzami, że oceny krytyczne w ogóle nie tykają ich kompleksów, są im obojętne, nie przejmują się nimi. Być może stan permanentnego dystansu względem opinii płynących z zewnątrz znany jest pisarzom dojrzałym wiekiem metrykalnym i zbiorem publikacji i wydań – tego nie wiem, bo nie przebywam w niczyjej głowie, a samej nader mi daleko do etapu bycia pisarzem uznanym – wiem natomiast, że wieleeeeee wody musi upłynąć, zanim człowiek nauczy się osłaniać swoje kompleksy tak, żeby niczyje słowo ani gest nie mogło ich dotknąć czy tym bardziej naruszyć…

Nawiasem mówiąc, to też było dla mnie swoiste odkrycie, że kompleksy są nie tylko czymś, co należy w sobie uśmierzać czy uleczać, ale i czymś, co należy chronić przed światem jak skarb… Jak skarb, mimo że to świństwo jest przecież – kompleksy bowiem bolą, hamują i ograniczają, by nie powiedzieć, że niewolą, no ale przed światem trzeba je osłaniać z najwyższą troską, taka ciekawostka…

Nic a nic nie wierzę w deklaracje młodych ludzi piszących, że kochają krytykę, bo dzięki krytyce się uczą, rozwijają skrzydła, ble-ble-ble. Ich prawdziwe uczucia względem słów krytycznych widać zresztą znakomicie po formie komentarzy, jakimi na słowa krytyczne reagują. Forma też jest treścią – warto o tym pamiętać, bo dzięki temu można opanować biegłe odszyfrowywanie prawdziwego znaczenia wypowiedzi. Przykład!

Młody pisarz ogłasza, że prosi o szczerą ocenę krytyczną swego opowiadania, wiersza, czy czego tam, no bo chce się rozwinąć, ble-ble-ble. No więc w odpowiedzi ludzie mu mówią, że ta przenośnia średnia, że ten rym do bani, że krzywa przerzutnia, że tytuł banalny, że coś tam – coś tam, tralala. I pada reakcja pisarza: „Ja uważam, że ta przenośnia jest ładna, wszak mogę myśleć, co mi się podoba, Tobie nie musi się podobać, każdemu może się podobać co innego. Rym jest dobry, no bo się rymuje, zanim coś skrytykujesz, zastanów się, czy aby się nie mylisz. Tytuł kosztował mnie dużo pracy, stanowczo nie zgadzam się z opinią o jego banalności. Coś tam – coś tam, moje przemyślenia na ten temat są całkiem inne od Twoich, bo coś tam – coś tam. Co zaś się tyczy tralala, mam prawo do pisania tego, co sam myślę i uważam”.

Rozumiecie, o czym opowiadam? Ano o tym, że treść tej reakcji nie ma żadnego znaczenia, a sama forma zareagowania na uwagi krytyczne pozostaje pozbawiona jakiegokolwiek sensu, z dwóch kluczowych powodów.

Po pierwsze taka forma reakcji pisarza obnaża jego poczucie zagrożenia, poczucie bycia przez opinie krytyczne skrzywdzonym. Próbuje zamaskować to poczucie sztucznie obmyśloną i ekspansywnie zaprezentowaną pewnością siebie – to trywialny mechanizm obronny, niestety kompletnie nieskuteczny i przynoszący rezultaty przeciwne do zamierzonych. Od razu gołym okiem i z kilometra widać, że kompleksy się zatrzęsły, następnie przybrały kształt kulisty nastroszony igłami, jak jeż chroniący się przed niechcianym dotykiem.

Po drugie taka forma reakcji pisarza obnaża jego prawdziwe intencje podzielenia się swoim tekstem. Wygłoszona deklaracja mówi wprawdzie, że pisarz pragnie konfrontacji z czytelnikiem, że łaknie dialogu, dyskusji – ale ta deklaracja jest fałszywa. Prawdziwą intencją pisarza jest pragnienie otrzymania komplementów, a nie krytyki. Ten pisarz nie chce krytyki – on pragnie być uwielbiony, ukochany.

No i co tu zrobić z tym fantem? Jak otworzyć się na krytykę – i jak ją znieść, jak wyciągnąć konstruktywne wnioski, jak ruszyć naprzód?

Nie ma na to mądrej odpowiedzi! Nie ma – zaakcentuję. Każdy, kto mówi wam, że można uporać się z krytyką, korzystając z metody A albo z metody B, C, G, Z… okłamuje was niestety.

Nikt nie posiadł uniwersalnej wiedzy z zakresu radzenia sobie z krytyką, bo nikt nie siedzi w cudzej głowie, a tym bardziej nikt nie siedzi w twojej głowie ani w bardzo wielu różnych głowach na raz. Jeden człowiek nauczy się dystansu do siebie i świata poprzez świadome, intencjonalne rzucanie się w wir konfrontacji z ludźmi, drugi człowiek analogicznego dystansu nabędzie w procesie przesiadywania w cichym kąciku i milczącego obserwowania tego, jak z podobnymi problemami radzą sobie inni wokół niego. Każdy zna wyłącznie własne kompleksy, dlatego żaden człowiek de facto nie ma uprawnień do udzielania porad tobie – twoje kompleksy są najzupełniej odmienne, bo twoje one, nie jego.

Pamiętam swoją reakcję na pierwszą krytyczną opinię o mojej debiutanckiej powieści. Opinię wygłosiła tak zwana blogerka książkowa, młodziutkie dziewczę, szesnastoletnie chyba, nie pamiętam dokładnie, ja miałam wówczas lat trzydzieści. Swój debiut książkowy gruntownie przemyślałam, przygotowywałam się do jego stworzenia i wydania długo, to nie była pierwsza napisana przeze mnie książka w życiu, lecz szósta bodaj. Teoretycznie powinnam wykazać się odpornością na zderzenie swej literatury ze światem – byłam wszak dorosłą kobietą, w miarę już ze swoimi kompleksami zaznajomioną, z niektórymi nawet solidnie zakolegowaną. Tymczasem – niespodziewanie – opinia blogerki okazała się dla mnie miażdżąca w swej surowości. Dziewczyna zarzuciła mi rzeczy okropne, spośród których wyrażenie się o mojej filozoficznej bezwartościowości było tą najłagodniejszą. W głowie nie chciało mi się pomieścić, że na około półtora roku mojej uczciwej, wytężonej pracy – przypadają zaledwie dwie minuty, w trakcie których wolno wylać na mnie jakże wielkie wiadro pomyj i kupy. Byłam wstrząśnięta, rozżalona – zareagowałam buntem, niezgodą na aż tak złe oceny mojego pisania. Powinnam machnąć ręką na tę napisaną w pośpiechu krytykę – blogerka i ja przebywałyśmy w dwóch totalnie osobnych światach, różnił nas stopień inteligencji, przeżyte lata, zgromadzone wiedza i doświadczenie, podejście do słowa pisanego, wszystko… Pomiędzy mną a tą dziewczyną nabudowanie jakiegokolwiek pomostu, nawiązanie nici dialogu prowadzącego do porozumienia – z gruntu było awykonalne. To tak, jakby kura chciała dyskutować ze mną o kaligrafii. A ja co? A ja jak mała dziewczynka pobiegłam do blogerki na jej stronę i postanowiłam się bronić „argumentami” w komentarzach, że pracowałam nad książką długo i wytrwale, że to nieprawda, że coś tam – coś tam, że prawda jest inna i następująca, tralala. Wykonałam coś na kształt klasycznego samozaorania – ba! To był potrójny toeloop samozaorania, rozkosznie bezbłędny. Zrozumiałam to pół roku później…

Dotarło do mnie, że na stronie owej blogerki – skuliłam się jak jeż i wystawiłam kolce. Stało się tak dlatego, że blogerka uderzyła w moje kompleksy. Przypuszczam, że zahaczyła o nie przypadkiem, ale mnie i tak zabolało. Bo byłam na takim etapie, że usiłowałam coś sobie udowodnić, starałam się dokądś dojść, znaleźć się w jakimś uzasadnionym miejscu – to były moje kompleksy, z których nie zdawałam sobie sprawy. Myślałam, że już jestem dorosła, pogodzona ze sobą, spokojna, cierpliwa, opanowana – ale wcale tak nie było. Rozpaczliwie potrzebowałam akceptacji z zewnątrz, intensywnie marzyłam o tym, że od chwili wydania pierwszej powieści – świat będzie mi sprzyjał, wyjdzie mi naprzeciw, poda rękę, uściśnie, pokiwa głową. To były moje kompleksy – nie marzenia, nie potrzeby, nie oczekiwania, a kompleksy, wiecie?

Rzeczywista jakość mojej powieści nie miała z tą konfrontacją nic wspólnego. Ciężar racji o książce był akurat po mojej stronie, a nie po stronie blogerki – byłam od niej starsza, mądrzejsza, inteligentniejsza i zdolniejsza – ale to ja nasze starcie przegrałam. Wiecie, dlaczego? Bo głupio pozwoliłam się sprowokować – nie, nie blogerce, lecz samej sobie.

Oswajanie tych kompleksów, aby ukazały mi się w pełnym swym wizerunku, w całkowitym obrazie ich roszczeń, a potem świadome wydobywanie tych kompleksów z cienia, wystawianie na jasne dzienne światło – trwało u mnie szmat czasu. Od momentu rozpoczęcia tego procesu minęło mniej więcej pięć lat i bardzo chciałabym wam oświadczyć, że ostatecznie ukończyłam ten proces, ale to byłoby kłamstwo.

Już uwielbiam, szanuję i ogromnie doceniam wyważoną, grzecznie podaną konstruktywną krytykę. Nauczyłam się prowadzić dyskusje w oparciu o argumenty, a nie o emocje – już umiem bawić się dyskusją, śmiać się z siebie. Ale nadal gdy ktoś umiejętnie zaatakuje mnie w kompleksy, w moje różowe bezbronne potworki, wówczas cała ta piramida cudu pracy nad sobą – rozbija mi się w drobny mak, drży i pęka jak żałosna skorupka po jajku, a nie jak solidna budowla…

Wciąż wykazuję szczególną słabość do idiotów! Te durne opinie, które winny obejść mnie najmniej, czyli tyle, co śnieg sprzed dwudziestu laty, dziwacznym trafem wyprowadzają mnie z równowagi najwięcej. Wiem świetnie, że z głupotą się nie dyskutuje, a i tak lecę w kierunku kretynów jak ćma w ogień. Jeszcze nie mam pojęcia, z czego mi się to zachowanie bierze, może kiedyś się dowiem, zrozumiem i naprawię, na razie pozostaje mi stwierdzić lakonicznie, że najwidoczniej kocham ludzi skretyniałych, ludzi o główkach jak makówki, ludzi umysłowo skarlałych; nieco sobą gardzę z tego tytułu, ale przecież nie wyrzeknę się siebie, nie zniweluję wszystkich swoich usterek…

A mówiąc śmiertelnie poważnie: nie ma nic złego ani wstydliwego w tym, że chcecie pisać po to, żeby ludzie was kochali. To naturalne pragnienie – większość z nas marzy robić zawodowo coś takiego, żeby inni nas za to szanowali, a i podziwiali. Tak już na tym świecie jest: człowiek to nie samotna wyspa dryfująca w próżni, spotkania i zderzenia z drugim człowiekiem są nieuniknione, odgórnie i na stałe wpisane w poszczególne ludzkie losy. Kto przy zdrowych zmysłach chciałby, aby te spotkania i zderzenia składały się ze słów krytyki, a nie ze słów podziwu, zachwytu? Który pisarz chciałby być nienawidzony, a nie kochany? No właśnie.

Jak radzić sobie z krytyką? Psychologiem nie jestem, więc powiem, że… krytyką warto się na dobre przejąć. Im mocniej cię krytyka boli, tym bardziej otwarcie bierz ją do serca. Bo jak się nie przejmiesz, jak dogłębnie jej nie przeżyjesz, nigdy się nie dowiesz, dlaczego zabolało – w które kompleksy uderzyło. Zastanów się, kim chcesz być za dziesięć, za dwadzieścia lat – jak chcesz się sam ze sobą czuć po upływie dekady albo dwu? Chcesz, żeby świat zawsze bolał cię w to samo miejsce? Chcesz, żeby ciągle ranił cię do szpiku kości? Czy chcesz, żeby z czasem mniej bolało, żeby nie zadawało głębokich ran, a tylko drobne zadrapania na naskórku?

Jeśli życzysz sobie się na krytykę uodpornić – bo dokładnie to słowo kryje się za sformułowaniem „radzenie sobie z krytyką”: odporność – musisz sprawić, że twoja skóra zrobi się grubsza. Jak? Nie mam bladego pojęcia – nie znam cię, nie widzę twojego cienia, nie słyszę twoich kompleksów. Ale ty możesz je zobaczyć i usłyszeć – możesz im się przyjrzeć, możesz je oswoić, możesz nawet zaakceptować. Nie bój się: ten proces nie przebiegnie kosztem twojej wrażliwości. Wrażliwość – ta niezwykła tkliwa żyłka cechująca wszystkich artystów, w tym pisarzy – pozostanie na swoim miejscu, w samym środku twojego umysłu czy twojej duszy, gruba skóra na zewnątrz jej nie zaszkodzi, nie upośledzi. Chodzi o ciebie – o ciebie jako człowieka. Musisz obrosnąć w grubszą skórę, żeby przeżyć. Jak nie obrośniesz w grubszą skórę, krytyka za każdym razem doprowadzi cię do psychicznej ruiny – będziesz cierpiał zdecydowanie bardziej, niż to nieuniknione. Musisz mieć grubszą skórę po to, żeby móc dalej istnieć – i tworzyć, pisać. Inaczej życie cię zje i wypluje. I koniec.

Wiem, to straszne, co opowiadam. Ale mówię ci prawdę: nie ma ludzi zupełnie bez kompleksów i nie istnieją jedynie słuszne metody walczenia z demonami. A ja osobiście nie znam innej drogi, innych schematów przebiegu tych walk, niż uporczywe ich znoszenie, niż zaglądanie w poniesione rany na samo ich dno – po to, aby znaleźć przyczynę, aby przytulić tę przyczynę do siebie, wybaczyć jej, wybaczyć sobie, a potem ruszyć w świeżą stronę, odbić się, spróbować być starszym, mądrzejszym…

Jak radzić sobie z krytyką? Nie wiem!

Jeśli potrzebujesz upić się winem, rozkleić, rozmazać i upłakać, zrób to. Pamiętaj przy tym, że wino białe jest tylko namiastką wina prawdziwego, czyli czerwonego – polecam obłąkańczo słodkie, ciężkie i mocne Porto, na drugi dzień łeb zmienia się w ołowiany wagon, wtedy wczorajsze cierpienie duszy wydaje się już zaledwie wątłym balonikiem wypełnionym helem.

Jeśli potrzebujesz się wściec, idź na siłownię i się wścieknij, i rozładuj na treningowym worku. Nie wal jednak, jak popadnie, wysłuchaj instruktażu trenera, inaczej uszkodzisz sobie nadgarstki i nie będziesz mógł pisać. Rozważ kickboxing – kolana i kostki popękane w czasie kopania nie wadzą w późniejszym pisaniu. Z nogami w gipsie pisze się równie efektywnie, co z nogami bez gipsu.

A jeśli potrzebujesz wejść z krytykiem w dyskurs, jeśli potrzebujesz słowami się bronić, no to trudno, broń się – ale nie skacz przy tym potrójnego toeloopa, jak ja, bo będzie śmiech na sali, jak ze mnie, a i może zrobią z ciebie mem (ze mnie nie zrobili – jeszcze…).

Co byś nie zrobił, moim zdaniem wybór spośród dostępnych metod radzenia sobie z krytyką – nie ma większego znaczenia. Liczy się co innego: to, czy jesteś prawdomówny, czy nie okłamujesz ani siebie, ani świata. Czy na własny sposób przyznajesz się przed lustrem do tego, że krytyka cię boli – czy też jesteś taki sam jak setki dziewcząt i chłopców, którzy udają wielce zdystansowanych, na siłę silnych i doszczętnie niewzruszonych.

Liczy się wybór pomiędzy prawdziwością a sztucznością, i ten wybór leży po twojej stronie – to ty zadecydujesz o tym, za co będą cię kochać, a za co nienawidzić. Bądź jednak pewien, że w ciągu żywotu pisarza doświadczysz obu stanów, ponieważ nikt nie dostaje samej miłości, ponieważ akty antypatii – w tym surowej, miażdżącej krytyki! – są artystom konieczne, abyśmy nie byli tylko pojedynczym, rozgotowanym, słodkim smakiem, abyśmy mogli być bogatym konglomeratem wielu smaków, słodkich, gorzkich i ostrych. 

Justyna Karolak

Czym krytyka różni się od trollingu czy mowy nienawiści? Zapraszam do innego spojrzenia na problem radzenia sobie z krytyką: O substancjach trollożywnych i broni trollobójczej.

A to pierwsza część niniejszego artykułu: Po co ludzie czytają książki? Po co chcesz być pisarzem?. Będzie jeszcze trzecia, poświęcona problemowi różnych kursów i warsztatów pisarskich.

Komentarze czytelników

2 komentarzy do “Jak radzić sobie z krytyką? Jak być pisarzem kochanym?”

  1. ~Agnieszka pisze:

    Ogólnie zgadzam się w całej rozciągłości. Nie ma dobrego sposobu na radzenie sobie z krytyką, a przynajmniej nie ma innego niż ten, który samemu się opracuje.
    Nie mogę zgodzić się tylko z jednym i unikam tego: nie oceniam delikwenta, który sypie krytyką. W jego głowie również nie jestem, jakaś historia za nim stoi. Z reguły nawet jeżeli mam wrażenie, że ocena jest niesprawiedliwa i tak dziękuję. I na tym kończę. Z byciem inteligentniejszym, starszym, bardziej doświadczonym bywa różnie, a zdarzyło mi się, że osoby o połowę młodsze ode mnie miały niezły dorobek przeżyć i niektóre tematy znają z tak zatrważającego bliska, że w sumie wolałabym nie udowadniać ani im, ani sobie, że są niżej w skali rozwoju intelektualnego. :)

    • Agnieszko, zgadzam się z Tobą: zazwyczaj za każdym człowiekiem stoi złożona historia, dotyczy to oczywiście także osób na różne sposoby krytykujących – i ja tych ludzi w 99 procentach nie oceniam, pod żadnym względem :) . To, że w znakomitej większości tych różnych krytyków nie oceniam, opisałam zresztą w zalinkowanym tu artykule pt. „O substancjach trollożywnych i broni trollobójczej” :) . Natomiast w tym artykule, który skomentowałaś, oceniłam siebie jako inteligentniejszą, mądrzejszą, starszą i zdolniejszą od owej blogerki – akurat w tym konkretnym przypadku takiej oceny się dopuściłam, co więcej: podtrzymuję ją i biorą za nią pełną odpowiedzialność i intelektualną, i moralną :) . To, że znam mnóstwo ludzi mądrzejszych od siebie – w tym również młodszych, a nadal ode mnie mądrzejszych :) – w żaden sposób nie usprawiedliwia tamtej młodziutkiej i głupiutkiej dziewczynki, dokładnie w ten sposób o niej myślę i nie potrafię powiedzieć o niej nic dobrego: była nie tylko głupia, ale i roszczeniowa, i zarozumiała. Moja ocena tej osóbki ani trochę nie odnosi się do innych młodych ludzi, do ich rozwoju intelektualnego i dorobku życiowego – nie mam żadnych wątpliwości co do tego, że wielu młodych ludzi mogłoby onieśmielić mnie swoim potencjałem intelektualnym i bogactwem zgromadzonych przeżyć, natomiast tamta dziewczynka niestety nie może zaimponować mi niczym, pomimo faktu, iż formalnie to ja, a nie ona, wyłożyłam się w naszej dyskusji na łopatki i obnażyłam wówczas światu swoje kompleksy.

      Dziękuję za komentarz, pozdrawiam :) .

Komentuj